Szybko minęło te kilka dni spędzonych w górach. Emocje po zawodach także opadły i nadszedł czas powrotu do domu. Chętnie bym tutaj pozostał na znacznie dłużej, ale ze swoimi emocjami nie ma co walczyć. Trzeba wracać do życia codziennego. Zanim to jednak nastąpi to musimy opracować wariant drogi na powrót.

Tych wariantów jest kilka, ale każdy rzuca jakieś kłody. Największym problemem jest PKP. Nie ma dobrego połączenia i na jakimś dworcu daleko od domu utkniemy. Jaka jest więc różnica, czy utkniemy 70 km od domu, czy 280 km? W głowie pojawia się myśl, czy może te niecałe 300 km pokonać rowerem. Będzie to kolejne wyzwanie, nawet nie wiem, czy większe od wjechania w paskudną pogodę na Śnieżkę. Na razie założyliśmy wariant, że dotrzemy do Zielonej Góry. To jakieś 160 parę kilometrów, a tam podejmiemy decyzję co do dalszej jazdy. Zobaczymy jak będziemy się czuć, bo te kilka dni było przecież dość intensywne.

Jak na złość Karpacz żegna nas przepiękną, słoneczną pogodą. Najpierw musimy zjechać do Paczkomatu, aby nie tachać ze sobą nieprzydatnych rzeczy. Wysłane zostaną do domu i mam nadzieję, że nie dotrą tam szybciej od nas. To by była dopiero porażka. Zdjęcia nie byłem w stanie zrobić, ale widok Gosi zjeżdżającej na dół z upchanymi po brzegi sakwami, kuferkiem i plecakiem rowerowym przymocowanym na wierzchu i jeszcze większym plecakiem na sobie. Ile to wszystko miało kilogramów to nie mam bladego pojęcia.

Przepak.

Nawigacja poszła w ruch i ruszamy. Najpierw w kierunku Jeleniej Góry, czyli odwrotnie, jak dotarliśmy parę dni wcześniej do Karpacza. Potem już całkiem nowymi drogami. Macham na pożegnanie Królowej Karkonoszy, a ludzie w samochodach patrzą się, jak na idiotę. Ja natomiast żegnam się bardzo szczerze z nadzieję, że jeszcze tutaj nie raz wrócę. Trochę mi szkoda tych wszystkich pagórków. Tak szybko jednak podjazdy o sobie nie dadzą zapomnieć, bo jeszcze tych górzystych kilometrów mamy przed sobą.

Ostatnie spojrzenie na góry. Do zobaczenia!

Nawigacja w dużej mierze korzysta z szlaków rowerowych ER. Szybko mi mijają kilometry. Może przez to, że licznik poległ i nawet nie mam pojęcia z jaką prędkością jadę.

Najbardziej zaskoczyły na okolice Lwówka Śląskiego. Przepiękna droga rowerowa, multum szlaków o czym informowała tablica. Jechało się tam świetnie, a już totalnym zaskoczeniem był Pan z dmuchawą, który sprzątał wspomnianą właśnie drogę. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że ktoś sprzed moich kół posprząta liście. Rewelacja.

Pławna Dolna wita nas takim monstrualnym zwierzęciem. W tle natomiast Koń Trojański.

Takich miejsc, jak te zaprezentowane powyżej jest kilka. Po drodze mijamy tablicę, która pokazuje ich umiejscowienie. Widziałem tam także Arkę Noego, ale akurat nie była nam po drodze. Podczas naszej jazdy zaliczamy kilka postojów na Stacjach Paliw i coraz poważniej myślimy o tym, aby na kołach wrócić do samego Gorzowa.

Lwówek Śląski.

Kolejne miejscowości mijają bardzo szybko, tak samo zresztą jak czas. Do lasu wjeżdżamy w okolicach Świętoszowa. Najpierw fajna, szutrowa nawierzchnia, która w ogóle zwała się Drogą Żagańską. Potem już nieco gorzej, ale koniec końców lądujemy nieopodal poligonu. Na prawdę sporawego poligonu. Żagań też pojawia się szybko. Uzupełnienie kalorii i płynów no i ruszamy dalej. W międzyczasie gdzieś popełniamy błąd w nawigacji i zamiast kierować się na Zieloną Górę, kierujemy się na Krosno Odrzańskie. Ten fakt zauważamy dopiero za Nowogródkiem Bobrzańskim. Pora wieczorna jest już bardzo blisko, więc nie ma co kombinować. Los zadecydował i teraz nie ma odwrotu. W sumie to jest, bo zawsze można poprawić trasę, przejechać więcej kilometrów ale do pierwszej/drugiej stolicy lubuskiego dojechać. My jednak podejmujemy tutaj decyzje, że padnie te 280 kilometrów i do domu dotrzemy bez korzystania z pociągów 🙂

Któraś z kolei przerwa.

Zanim zapadną ciemności to korzystamy z leśnych dróg. No niestety na jednej z takich kamienistych tras Gosia łapie z przednim kole kapcia. Krosno Odrzańskie jest niedaleko, a tam na pewno musi być jakaś tacja paliw, więc postanawiamy dopompowywać i dojechać do miasta. Ciemności, wszędzie ciemności i nagle pojawia się multum świateł. Okazuje się, że przejeżdżamy obok bazy wojskowej i jak z tablicy da się wyczytać jest to jednostka logistyczna, potężna.

Nawet nie wiem, kiedy minęły te kilkadziesiąt kilometrów do Krosna Odrzańskiego. Stacja paliw niestety w remoncie, więc mamy toi toi, budkę ze sklepem i popsuty kompresor. Na szczęście Pan z obsługi podpowiedział, jak go obsłużyć na patencie. Dętka wymieniona, mamy jeszcze zapas na powrót, dopompowana na odpowiednie ciśnienie i można ruszać. Trochę tutaj się zasiedzieliśmy, bo przyłączył się do nas w środku nocy podpity jego mość, który musiał się pochwalić swoimi rowerowymi wyczynami oraz natarczywie wskazywać nam drogę. My obieramy właśnie kierunku, ale czy zawsze są trafne? To weryfikuje życie.

Na nawigacji widziałem, że będziemy jechać przez Sulęcin, ale zanim tam się dostaniemy to czeka nas trochę nieprzyjemnych dróg. Trochę musimy weryfikować drogę, aby mieć jak najwięcej asfaltu, ale w pewnym momencie alternatywa się kończy. Dokładnie w Starej Bytnicy. Musimy tam wjechać w las. Droga pożarowa, nawierzchnia całkiem spoko i jedzie się ok. Później niestety zmienia się w coraz gorzą drogę, głównie rozjechana przez wycinkę. Środek nocy, ciemno, nasze lampki i odgłosy łamanych gałęzi. Zakłóciliśmy spokój zwierzętom, ale jeszcze bardziej uruchomieniem radia. Nieprzyjemnie by było, jakby któreś wpadło na pomysł, aby akurat przed nami przeciąć drogę. Po pierwsze padlibyśmy na zawał, a po drugie mogłoby nas stratować.

Nie mam pojęcia ile kilometrów męczyliśmy się w tych leśnych ciemnościach. Dla mnie trwało to całą wieczność. Gdy pojawił się asfalt – był dla nas zbawieniem. Droga dziurawa jak ser i wąska, ale to lepsze niż ten cały ciemny las. Do wschodu słońca nie zostało już mało czasu, tak samo jak do Sulęcina kilometrów. Czekało nas kilkanaście kilometrów drogi wojewódzkiej, ale także szybko ją pokonaliśmy. Już w takich godzinach porannych na drogach pojawia się więcej samochodów i dało się to zauważyć. Tak jak lekkie pojawianie się zmęczenia u nas. Jeden z ostatnich poważniejszych postojów zaliczyliśmy właśnie na stacji w Sulęcinie. Gdy już opuszczaliśmy miasto to robiło się jasno. Dla nas dobrze, bo ostatnie godziny w ciemnościach były trochę problematyczne, bo nagle lampka rowerowa Gosi nie chciała działać na pełnych obrotach. Na szczęście są na tyle mocne, że spokojnie moja może oświetlać drogę dla nas obu.

Zbawienny poranek.

Postawiliśmy na najłatwiejszą drogę do domu. Oczy się już zamykały i dla mnie najtrudniejszy był odcinek z Jarnatowa do Kołczyna. Tak więc końcówka to trochę przystanków i tak po jakimś czasie za Ulimiem pojawiła się tablica GORZÓW WIELKOPOLSKI!! Wtedy we mnie weszła jakaś moc. Pojawiły się uśmiechy i żółwik, że mimo dużych trudności dotarliśmy do domu. Coś świetnego.

Dla niektórych powrót z Karpacza do Gorzowa rowerami był dużym wyzwaniem. Niektórzy spojrzą na mój wjazd na Śnieżkę z uznaniem. Dla innych same jeżdżenie po górach będzie wyczynem.
Od siebie mogę napisać tylko tyle. Robię to co kocham i oczywiście są to jakieś wyzwania, ale gdy po prawej stronie (w 90% właśnie z prawej strony) jedzie Gosia, to wszystko wydaje się… po prostu jest łatwiejsze. Ta dziewczyna daje moc, wiarę i mam ogromną nadzieję, że przed nami jeszcze nie jedno wyzwanie, które nas zaskoczy, a na końcu spowoduje uśmiech na twarzy. Dziękuję! Ogromnie dziękuję!

Epizod Karpacz-Śnieżka-Gorzów zakończony 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.