Wczorajszy wynik bardzo zaskoczył, ale także i moja dalsza dyspozycja. Myślałem, że po takim wysiłku to będę się czołgał, a jest wręcz przeciwnie. Nogi co prawda są ciężkie, ale spokojnie można jeździć 🙂 . Można… o ile pozwoli pogoda. Ta się niestety nie poprawia i tak rano czekamy z nadzieją, że może w końcu przestanie padać. Tak też się staje. Gdy wyjeżdżaliśmy to asfalt był jeszcze mokry, mgła dość gęsta, ale im godzina późniejsza, tym robiło się coraz przyjemniej.

Tym razem zjechaliśmy na dół i postanowiliśmy się wybrać w kierunku miejscowości Kowary. Sporo tam drogowskazów, które zachęcają do odbicia w bok, ale my dzielnie trzymamy się wybranego szlaku rowerowego. Załamanie przyszło kawałek za miastem, gdzie zainteresowało nas odbicie w lasek, gdzie znajdują się grobowce rodziny von Reuss.

W dalszej części czeka nas trochę podjazdów i tak sobie jedziemy, jedziemy aż docieramy do tablicy informacyjnej, a tam napis – Przełęcz Karpnicka. Potem czek nas bardzo malowniczy zjazd.

Taka huba.

Można spokojnie napełnić bidon 😉

Z dedykacją dla mamy 🙂

Malownicza droga wzdłuż rzeki Bóbr.

Wioski ledwo się pojawiają, a już zostawiamy je za plecami. Widoki nieziemskie, ale najważniejsze w tym wszystkim jest, że brzydka pogoda odpuściła i możemy cieszyć się w pełni dniem spędzonym na rowerze. Tak docieramy do miejscowości, które trzy dni wcześniej pokonywaliśmy pociągiem. Wtedy mogliśmy wszystko to oglądać zza szyby, a teraz to wszystko je namacalne.

Oczywiście jakbyśmy nie jechali to musimy chociaż minimalnie zahaczyć o Jelenią Górę i tym razem jest podobnie. Krótka przerwa przy Orlenie, ustalamy nową trasę i kończy się tym, że musimy nieco przebić się przez miasto. Teren mniej pofałdowany, ale jedziemy ze świadomością, że Karpacz jest na horyzoncie.

We wcześniejszym wpisie wspomniałem o słabym oznaczeniu tras rowerowych i teraz też mamy problemy z odnalezieniem odpowiedniej drogi. Na tyle trudne, że aż miejscowi pytają nas dokąd chcemy jechać. Co mamy im odpowiedzieć, gdy nie mamy obranego konkretnego kierunku, a chcemy jechać po prostu zielonym szlakiem rowerowym, który nagle zaginął??

Rzeka Podgórna.

Zatrzymaliśmy się także przy ciekawym miejscu, które widoczne było już z daleka. Hop na drugą stronę rzeki, a tam przy skarpie utworzono ołtarz, który upamiętnia śmierć dziecka. Miejsce to ma już swoje lata, a wszystkiego można dowiedzieć się z tablicy informacyjnej, która znajduje się tuż przy mostku.

Jest zainteresowanie, zero patrzenia w obiektyw.

Jakby kogoś bardziej szczegółowo interesowała historia tego miejsca.

Nie ujechaliśmy za wiele kilometrów i znowu postój.

Kiedyś znajdował się tutaj przystanek końcowy, a tramwaje kursowały ponad 100 lat.

Po prostu Skałka 😉

Wspólne zdjęcie przy zabytku musi być… przecież to oczywiste.

Końcowe fragmenty pokrywają się z tym, co już poznaliśmy wcześniej. Jednak od drugiej strony są jakby inne. Do momenty, gdy poznaję jedno miejsce, takie déjà vu. Okazało się, że tak przestrzeliliśmy skrzyżowanie, że zamiast wracać do Karpacza to od niego się oddalamy. Czeka nas trochę kilometrów pod górkę, ale jest bardzo przyjemnie.

Da się doścignąć górskim rowerem szosowca na podjeździe?

Bardzo żwawo poszły ostatnie kilometry do Karpacza Górnego. To już niestety jeden z ostatnich podjazdów w to miejsce. Dzień wykorzystany do oporu i ilość kilometrów i przewyższeń trochę zaskakuje. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się dzień wcześniej.

Jak się ma taki doping to żaden podjazd nie straszny. Wiem coś o tym 🙂

Mieliśmy jeszcze na tyle dużo czasu, aby odwiedzić sklep, a także deptak, takie wymuszone trochę lody na pożegnanie z Karpaczem. Potem już odpoczynek, a jutro powrót do domu. W głowie jest kilka wariantów, ale wszystko wyjdzie w praniu jutro.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.