O Mniszkach słyszałem bardzo dużo. Tak samo zresztą jak i o corocznej imprezie, która się tam odbywa – Wielkie smażenie powideł. Nigdy jednak nie miałem okazji tam być i kojarzyłem tylko tyle, że Mniszki znajdują się gdzieś za Międzychodem i że jest tam dawny folwark, który sobie jeszcze funkcjonuje.

Dzisiaj jednak miałem okazję sam się przekonać, jak to wszystko wygląda z bliska. Wraz Gosią postanowiliśmy się tam udać, ale żeby nie było za nudno to zgarnęli nas po drodze znajomi z Drezdenka i nie tylko. Najpierw jednak musieliśmy dotrzeć do umówionego miejsca.

Przed godziną piątą melduję się na dworcu, bo wybraliśmy wariant, że z samego rana (tudzież nocy) pojedziemy do Międzyrzecza i tam jakoś pojedziemy w kierunku Mniszek. Tak żeby też dorzucić sobie trochę kilometrów.

Na dworze o tej porze jeszcze ciemno.

Po wysiadce z szynobusu i tak z godzinę czasu spędziliśmy na Orlenie. Może to i lepiej, bo rano było dość zimno i chociaż trochę temperatura się podniosła. Nawigacja poszła w ruch i najpierw całkiem nowymi drogami przedzieraliśmy się w kierunku Pszczewa. Czasu mięliśmy sporo, więc można było się trochę pobawić.

Plutonowy Antoni Paluch i miejsce, gdzie kiedyś przebiegała polsko-niemiecka granica.

Na miejsce spotkania z Jednośladem Drezdenko wyznaczony został Gorzyń. To jakieś 5 kilometrów od Międzychodu. Punkt strategiczny – Zajazd Ostęp. Docieramy tam przed czasem. Zanim jednak tam dojechaliśmy to mijaliśmy sporo ciekawych miejsc. Najbardziej nurtuje mnie Pszczew, bo zawsze albo jest mijany, albo tylko przelotem. Chciałbym się temu miastu przypatrzeć bliżej. Dzisiaj była tylko namiastka.

W zajeździe był czas na kawę i przepyszne ciasto. Po jakimś czasie docierają znajomi jeszcze chwilę czasu udało się wyskrobać, aby z bliska pooglądać trójkę mieszkańców mini zoo, bardzo skromnego mini zoo.

Osioł, Lama i baran.

Zwartą grupą ruszyliśmy w kierunku Mniszek. Nawet nie miałem pojęcia, że jest tam aż tak pagórkowaty teren. Przeprawa była trudna, bo czas przedłużały ozdoby dożynkowe. Przy każdej chcieliśmy się zatrzymać, zrobić zdjęcie 🙂

Dzisiaj na zdjęciach pozuje Grażyna, nie Gosia 😉

Do Mniszek w końcu docieramy i folwark okazał się Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej. Mamy tutaj sporo izb, gdzie obejrzeć można dawne zawody, miejsca. Ogólnie jest tam super. Tłum ludzi i świetna pogoda. Rowery zostają w bezpiecznym miejscu, a my ruszamy na zwiedzanie.

Na pierwszy cel rusza świat roślin i zwierząt. Świetna wystawa, gdzie nie ujrzymy prawdziwych stworzeń, ale wszystko jest tak fajnie skomponowane, że można poczuć się jak w prawdziwym lesie. Mnie najbardziej zainteresowały pokazane nory różnych stworzeń. Niestety było tam za ciemno na zdjęcia.

Większość ludzi przyjechała tutaj po powidła, bo można było zakupić słoiki, a ogólnie smażono powidła z 25 ton śliwek! My jednak fascynowaliśmy się tym, co nam zaprezentowano. Wygrała SZKOŁA! Coś rewelacyjnego, pani nauczycielka przesympatyczna.

Powrót do szkolnej ławki.

Zadanie było proste – pisanie atramentem. Nawet już nie pamiętam, jak się pisze małe s, bo już od dawna jest to pomniejszone duże. Zmieścić się w tych trzech liniach… masakra. Pani nauczycielka musiała ułatwić mi zadanie zaczynając pierwszą literę ołówkiem. Grażyna, która ma na sobie bagaż nauczycielstwa to śmigała po kartkach, jakby pisała ołówkiem. Mi wyszło tylko coś takiego:

Pieczątka jest, czyli zaliczone 😉

Było też pomieszczenie, które przedstawiało dawną pocztą. Instytucja ta, to reformę przechodziło tak nie dawno, że jeszcze ja pamiętam taki wygląd.

Za mało czasu mieliśmy na zwiedzanie i za dużo miejsc do zobaczenia. Z Automobilklubu Wielkopolskiego przywieziono zabytkowe rowery i niektóre pochodziły z końcówki XIX wieku. Gdzie w zasadzie wszystko można było dotknąć to przy rowerach rączki trzeba było trzymać przy sobie.

Taki czerwony jeszcze nie dawno był u mnie w domu użytkowany.

Cała Gosia, ciągnie do roweru 😉

A tutaj muzyczny rower.

Chciałoby się tam chodzić w nieskończoność, bo sporo jest do zobaczenia. Te wszystkie miejsca, ale takżę i rękodzielnicy, którzy prezentowali swoje wyroby, czy dawne zawody. Jednak cały ten tłum, który tam zjechał trochę odstraszał. Miejscami trzeba było się przeciskać. No i trzeba jeszcze przecież wrócić do domu. Chętnie bym mógł tam zamieszkać, ale w końcu te izby kiedyś zamkną.

Muzyka na żywo.

Godzina powrotu została wyznaczona przez Prezesa i jeszcze udało się ugrać trochę czasu, aby coś przekąsić. Ogólnie dzisiaj jakiś był wyjątkowy dzień pod względem ilości ciast 🙂 Mi tam pasuje. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną, do Międzychodu. Tam odłączamy się od grupy i przez Puszczę Notecką wracamy do domu.

Gdzie mogła pójść Gosia w tak ciepły dzień?

Myślę, że będzie okazja, aby tam jeszcze wrócić o obejrzeć to, czego się nie udało. Może za rok, podczas trzynastej edycji Wielkiego Smażenia Powideł w Mniszkach?

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.