Po zawodach dosyć późno położyliśmy się spać. Jeszcze wieczorem dużo się działo, ciągle na metę docierali zawodnicy, ale koniec końców kiedyś trzeba było się w końcu położyć. Nie pamiętam, która było to już godzina, ale już grzeczni ludzie dawno pewnie spali. Na szczęście z samego rana organizator nikogo nie wyrzucał, więc spokojnie można było się ogarnąć i wyruszyć w drogę powrotną. Czekało nas ponad 150 kilometrów, nogi nie takie świeże, ale na szczęście zmęczenie nie doskwierało. Myślałem, że po sobotnim ciężkim dniu kolejny będzie równie ciężki, a tutaj wszystko w porządku. Miłe zaskoczenie.

Najpierw musieliśmy jednak odwiedzić Paczkomat, bo po co dźwigać ze sobą śpiwory i niepotrzebne ubrania, jak można je spokojnie za parę złotych odesłać do domu. No minus taki, że w niedzielę żaden kurier ich nie odbierze, więc do nas trafią dopiero we wtorek. Dla mnie to nie problem. Bardziej to się zdziwiłem, że mimo moich specjalnych węzłów marynarskich zabezpieczających karimatę i śpiwór oraz Gosi na kole, która pilnowała tyłów po paru kilometrach nie ma śpiwora… 🙂 na szczęście leżał sobie nieco dalej na chodniku. Zdziwienie było duuuże.

My w swoją drogę powrotną, a plecak w swoją.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy miejscowość Kołbacz. Sporo tam budowlanych zabytków, ale niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu na ich zwiedzanie. Kupiliśmy się na kościele, bo zachęciły nas szeroko otwarte drzwi.

Klasztor Gotycki z XIII wieku w nieco zmniejszonej wersji.

Głównym celem było odwiedzenie miejscowości Żórawie. Osoby, które śledzą blog to wiedzą, że kolekcjonujemy zwierzęce nazwy miejscowości. Ta co prawda jest z błędem, ale nie każdy musi przecież być mistrzem ortografii 😉

Potem czekał nas szok, jeszcze większy od pozostawienia niespodziewanie śpiwora na chodniku. Natrafiliśmy na asfaltową drogę przez las – Szlak Rowerowy Zielonego Pogranicza. Coś pięknego.

Jechało się świetnie, bo to kilkadziesiąt kilometrów asfaltowej drogi. Pojawiają się także szutrowe odcinki, ale szlak jest ciągle w budowie. W ogóle to w tamtych rejonach ostro pod tym względem działają i niedługo powstanie tam kilka konkretnych dróg dla rowerów. Pod koniec, gdy już zbliżaliśmy się do Trzcińska-Zdrój to chyba zgubiliśmy oznaczenia, bo nagle nie było już drogowskazów. Jednak to już tereny, które znamy, więc spokojnie ruszyliśmy w stronę Gorzowa.

Na rowerze trzeba wyglądać przecież stylowo.

Wpadło nieco więcej kilometrów niż się spodziewałem. Najważniejsze, że ominęły nas burze, którymi straszyli od kilku dni.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.