Co roku wspólnymi siłami organizowany jest maraton charytatywny podczas którego zbierane są pieniądze na leczenie osób, które tego potrzebują. Tym razem wszystkie środki przekazane zostaną na leczenie i rehabilitację Zbigniewa Filody. 52-letni mieszkaniec Czarnkowa od kilku lat choruje na pierwotnego guza pnia mózgu z przerzutami do rdzenia kręgowego. Warto pomagać stąd też razem z Gosią i grupą innych rowerzystów zameldowaliśmy się właśnie w Czarnkowie.

Zanim jednak dotarliśmy do miasta pierw samochodowym przerzutem znaleźliśmy się w Wieleniu. Jak na złość zaczęło padać i to kilkuminutowymi falami. Schronienie znaleźliśmy w miejscowym sklepie i tam czekaliśmy na grupę z Krzyża, która właśnie zmierzała w naszym kierunku. Potem już w zwartej grupie pojechaliśmy w kierunku Czarnkowa.

W puszce lądują banknoty, a nam pozostał wybór odpowiedniego dystansu.

Przygotowano kilka wariantów trasy. Od rodzinnej 30 kilometrowej, po dwie pętle już z dystansem 150 km. W nogach mamy już parę kilometrów, więc wybieramy wariant środkowy, czyli 100 km, gdzie tak na prawdę jest nieco ponad setka. Z naszym dojazdem i powrotem według gosiakowych obliczeń powinno wyjść ponad 200 km. Tempo spokojne, bo to przecież maraton charytatywny, a nie wyścigi.

Mimo, że oficjalnie nie należymy do grupy Dynamo z Krzyża, to takie koszulki dumnie jaskrawym blaskiem biły z naszych piersi. Dzięki Daniel 😉

Krótka rozmowa z panem Zbyszkiem i niedługo ruszamy na trasę.

Najpierw wszyscy razem jedziemy ulicami Czarnkowa, a potem rozdzielamy się już na grupy według kilometrażu. Tak sobie jedziemy przed siebie po całkowicie nowych dla mnie terenach. Wiem, że będziemy przejeżdżać przez miejscowość Kaczory, więc dla mnie to jest priorytetowa sprawa. Do kolekcji wskoczy kolejny zwierzak 🙂

Swoją drogą to po drodze mijamy inne mieściny z fajnymi nazwami. Jeżeli chodzi o teren to bardzo fajny, lekko pofałdowany. Jechało się bardzo przyjemnie mimo nawet silnego wiatru już w końcowych fragmencie trasy.

Czarna owca w rodzinie.

W Czarnkowie mieliśmy zameldować się około godziny 18 wraz z osobami, które by kończyły pierwszą pętlę na dystansie 300 km. Czasu było sporo, a że jazda szła bardzo żwawo to Leszek zaproponował, aby skorzystać z okazji i zwiedzić Muzeum Kolejki Wąskotorowej w Białośliwie.

Wjeżdżasz do wsi i już wiesz, co cię czeka.

Mam sentyment do wszelkiego rodzaju pociągów i lubię takie miejsca. Świetny pomysł, że zostało wciśnięte do harmonogramu dnia. Miejsce ma swój klimat parowozowni i można poruszać się bez większych przeszkód. Zajrzeć w każdą dziurę, dotknąć każdej maszyny. Super. Może w przyszłości uda się tutaj wrócić i bardziej szczegółowo zwiedzić to miejsce.

Peleton nieco nam się rozciągnął przez wiatr, zmęczenie. Najważniejsze, że mimo porannego deszczu to nie można było narzekać. Zrobiło się cieplej, że nogawki, niektóre warstwy wylądowały w sakwie i było całkiem przyjemnie.

Leszek w całej okazałości.

Przerwa na ploty… to znaczy posiłek regeneracyjny.

W Czarnkowie przygotowano dla nas posiłek i jeszcze wspomnę, że każdy uczestnik otrzymał malutki gadżet. Tak na pamiątkę maratonu charytatywnego. W Miejskim Domu Kultury zameldowaliśmy się przed osobami z dłuższego dystansu. Gdy my już pomału szykowaliśmy się w drogę powrotną to oni właśnie dotarli. Czekała ich przerwa i dalsza jazda, w tym nocna. Oczywiście pomysł mieli podobny do nas i nie skończyło się na planowanych 150 kilometrach, ale na nieco większym dystansie.

Mała przekąska na zakończenie dnia.

W grupie już skurczonej w ilości pięciu osób wyruszyliśmy z powrotem w kierunku Wielenia. Oczywiście już inną trasą. Niestety złapał nas mocny deszcz z wymuszonym postojem, ale też mieliśmy świetny skrót zaproponowany przez Daniela. Miało być kilkaset metrów fajnej szutrówki, a skończyło się na mokrym, grząskim piachu. Przekleństwom nie było końca, poznałem nowe słowa 🙂 Przejechać prawie 200 kilometrów, aby usyfić rower i siebie na paru metrach. To trzeba po prostu mieć nasze zdolności… tudzież nieskromnie – talent 🙂

„Danielowa szutrówka” w nieco mokrych warunkach.

Później nastąpiło rozerwanie grupy, gdzie każdy pojechał w swoją stronę. Każdy w innym kierunku, każdy samotnie, tylko ja miałem parę w postaci Gosi 😀 Godzina już późna, ostatni pociąg dawno odjechał już w kierunku Gorzowa… to znaczy Santoka, więc powrót już samochodowy, który zgarnia nas tuż przed rogatkami Drezdenka.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.