W mojej głowie od dawien dawna gdzieś tam kłębiła się myśl, aby spróbować swoich sił w Zawodach na Orientację. Już w zeszłym roku nieświadomi skali trudności mało co nie wpakowalibyśmy się na nocną eskapadę rowerową i to na dodatek w grudniu! Akurat odbywała się w Drezdenku Nocna Masakra. To skłoniło mnie do myślenia. „Internety” poszły w ruch w poszukiwaniu dziennego odpowiednika i tak oto trafiłem na Grassor. Miejsce Szczecin, czyli niedaleko, zasady w miarę przejrzyste, Gosia się zgodziła… no to jedziemy 🙂 🙂 🙂

Wpisowe wpłacone bardzo szybko, więc na liście osób zgłoszonych zajmowaliśmy dwie pierwsze pozycje. Dziwiła mnie jedna rzecz, że więcej osób wybiera trasy piesze, a nie rowerowe. W zeszłym roku uczestników było sporo, a tym razem trochę mało… wtedy jeszcze nie wiedziałem, że coś jest na rzeczy.

Organizator w ramach wpisowego zapewniał dwa dni noclegu, więc pierwszy plan zakładał dotarcie na zawody pociągiem. Dworzec akurat znajdował się paręset metrów od szkoły, gdzie znajdowała się cała baza zawodów. Ostatecznie do Szczecina dotarliśmy w sobotę rano w bardziej komfortowych warunkach, czyli samochodem. Na trasę mieliśmy ruszyć równo o 10, a że dzieliło nas raptem coś w granicach 150 km i do tego w grę wchodziła droga S3, więc nie trzeba było się zrywać nie wiadomo, jak wcześnie rano.

Wariant trasy to rowerowa 50 km. Ten dystans pokazywał optymalną trasę. Otrzymaliśmy szmatkowe numery startowe. Jeden wylądował na rowerze, drugi należało mieć na sobie. O 9:45 miała się odbyć odprawa techniczna, a my kompletnie nie wiemy, co nas czeka. Przerażenie w oczach Gosi było bezcenne. Jakby organizator rzucił tekstem, że jak ktoś chce zrezygnować to proszę przejść na prawą stronę, to musiałbym Gosię chyba siłą zatrzymać przy sobie.

Sprzęt gotowy do zawodów.

Odprawa techniczna, a my jak dzieci we mgle.

Mapa też taka szmatka, w zasadzie to takie płótno, spokojnie wytrzyma trudne warunki. Na zawody się oczywiście przygotowałem i w Decathlonie wyposażyliśmy się w mapniki rowerowe, który okazały się totalną klapą. Mój w prawdzie całe zawody był przymocowany na rowerze, ale bardziej przeszkadzał niż był pomocny. Gosi mapa wylądowała w sakwie i z niej częściej korzystaliśmy. No właśnie mapa… czy ktoś wie co oznaczają te wszystkie punkty???

Grassor charakteryzuje się tym, że na starcie otrzymujemy parę punktów, które musimy odnaleźć i w marę ich odnajdywania otrzymujemy kolejne, które sami musimy nanieść na mapę (swoją drogą marker, który mieliśmy na wyposażeniu też okazał się klapą). Mapa bardzo niewyraźna i nawet nie znaliśmy skali, trudno wyłapać szczegóły na tak chaotycznej odprawie.

Przerażenie Gosi się nasiliło, ale przyjechaliśmy przecież tutaj dla zabawy, aby spróbować sił, nabrać doświadczenia. Nasze nawigowanie opierało się na charakterystycznych punktach na mapie i potem przeczesanie terenu, aż zobaczymy lampion (punkt na drzewie, który musimy znaleźć). Parę dni przed startem zawodów w regulaminie pojawia się zmiana, że trasa piesza i rowerowa będzie taka sama. Nie podoba mi się ten pomysł… coś musi być na rzeczy. Szkoda, że poinformowano na odprawie, że zmianie uległ także limit czasu i zamiast 9 godzin, jest teraz 13.

O 10 wszyscy ruszają na trasę i początkowy plan był taki, aby jechać za grupą, która nas doprowadzi do pierwszego punktu i nie będzie obciachu, że nic nie znajdziemy. Rzeczywistość szybko została jednak zweryfikowana, bo rowerzystów już w zasadzie nie widzieliśmy, piesi zostali za nami i musieliśmy odnaleźć się w tym całym chaosie sami.

Punkty można było odnajdować w dowolnej kolejności i część poleciała od razu do 1, my wybraliśmy za pierwszy cel numer 2, bo wydawał się łatwiejszy. Na mapie tak, bo może początkowo trochę przestrzeliliśmy, ale potem trasę ładnie zweryfikowaliśmy i okazało się, że trzeba się wdrapać na górę. Niektórzy robili do dosłownie na szagę. Punkt widokowy znajdował się na żółtym szlaku pieszym i było trochę pod górę… oj było. Widoki jednak to wszystko nagrodziły.

W drodze do punktu.

Odnaleziony pierwszy lampion.

Przy pierwszych punktach organizator ulokował kilka lampionów, aby nie było tłoku do jednego. Zasady proste. Na samym dole mapy trzeba było w odpowiednim miejscu wykonać perforację. Te słowo klucz w dowolnym miejscu okazało się dla mnie za trudne, bo w całej tej atmosferze rywalizacji zacząłem od punktu pierwszego i tak robiłem dziury po kolei i dopiero później się zorientowałem, że jest źle. Na szczęście na mecie nie robiono nam z tego tytułu problemów. Nowicjusze, to czego od nas wymagać 😉

Widoki ze wzgórza:

Odblokowaliśmy nowy punkt, który znajdował się gdzieś przy jeziorze Szmaragdowym. Trzeba było przebić się przez tor downhillowy i to nie w kierunku w jakim powinien być używany, ale w przeciwnym. W pewnym momencie nachylenie było tak duże, że nie byłem w stanie wciągnąć rowerów na górę. Myślałem, że tam zostaniemy, że skończy się woda, nikt po nas nie przyjdzie. Jakoś wspólnymi siłami wdrapaliśmy się w końcu na szczyt. Puszcza Bukowa przepiękna, ale nie były to zawody na rower. Bardziej nam przeszkadzały niż pomagały. Kończyło się tak, że jedna osoba zostawała przy rowerach a druga biegała po lesie w poszukiwaniu punktów. Podpowiedzi też były myląca i przy punkcie numer 3 (dla nas drugim) straciliśmy bardzo dużo czasu. W głowie miałem myśl, że jeden mamy na koncie, więc nie jest źle. Po cichu liczyłem, że może uda się znaleźć 5… na 27 możliwych.

Podpowiedź do punkty przy jeziorze była … przy „kamiennym” słupku, Gosia coś namierzyła, ale nie ma lampionu. Nakierunkowała mnie do miejsca i sama została przy rowerach. Bez sensu było tak się z nimi taszczyć góra dół, a nachylenia było konkretne.

Gdzieś tutaj?

Krążę i nagle dostrzegam po drugiej stronie drzewa lampion. Tak to wszystko poukrywane, że od strony drogi nie ma szans tego zauważyć. Biegnę przez puszczę, spacerowicze patrzą jak na idiotę, a ja krzyczę do Gosi, że MAM!!

Przy odnalezionych lampionach znajdowała się lokalizacja kolejnego punktu, który samemu trzeba było nanieść na mapę.

To miało nam pomagać… mhm.

Punkt numer 12 odblokowany. Nie mamy na razie innych opcji, więc musimy tam jechać. Wyjeżdżamy z puszczy, przebijamy się przez miasto i wpadamy znowu do lasu. Podpowiedź znowu trudna i krążymy po lesie. Spotykamy też zawodnika z trasy pieszej, który także przeszukuje okolice. Ostatecznie docieramy do miejsca wspólnymi siłami.

Tym razem otrzymujemy trzy nowe punkty, więc można już coś pokombinować.

Punkty wystarczy tylko nanieść na mapę… w odpowiednim miejscu.

Rozstajemy się z poznanym biegaczem i udajemy się w swoją stronę do kolejnego punkty. Ten okazał się najprostszy, albo po prostu mieliśmy szczęście. Opis tym razem czytelny, ale tutaj trochę zgłupiałem, bo nie wiedziałem, co oznaczają inicjały na lampionach. Znowu spotykamy tego samego uczestnika trasy pieszej, który na wzgórze przedostał się szagę, wdrapując się na szczyt grodziska. Taki był plus uczestnictwa bez roweru, że przez chaszcze można było lecieć w linii prostej, gdy my musieliśmy korzystać ze ścieżek.

Kolejny punkt odnaleziony.

Wskakują nam dwa nowe punkty i spędzamy też dłuższą chwilę na rozmowie z Wiesławem. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak wspomniany biegacz miał na imię i że jeszcze się spotkamy. Jego trasa na 25 kilometrów się pomału kończyła i wracał już do bazy, a nas czekało dalsze wyzwanie. Nie zapowiadało się, że będzie coraz trudniej.

Taki kamień napotkaliśmy w puszczy.

Nie mogło się obyć bez zdjęcia 😉

Dla zainteresowanych, komu poświęcony jest kamień.

Po jakimś czasie trafiliśmy do piekła. Najgorszy z najgorszych punktów. Tutaj też natrafiliśmy na kilka osób, które go poszukiwały i widać, że był problematyczny. Dotarcie tam z rowerem graniczyło z cudem. Przedzieranie się przez chaszcze w krótkich spodenkach… wiadomo jak to się skończyło. Bardzo dużo czasu nam tutaj uciekło i tylko dzięki pomocy dwóch napotkanych uczestników trasy pieszej udał się dotrzeć do lampionu, ale i tak nieco okrężną drogą i już po kolejnej próbie, gdy już chcieliśmy z niego zrezygnować. Jeżeli chodzi o ten punkt to nie był on kompletnie dla trasy rowerowej. Całkowita porażka.

Taka miejscówka w lesie.

Ile ten punkt kosztował nas siły, ran, poświęcenia… masakra.

Odblokowane punkty nic nam już nie dawały, bo były na południe od nas, a już pomału trzeba było wracać do bazy, która znajdowała się w przeciwnym kierunku. Wtedy jeszcze myśleliśmy, że musimy dotrzeć do godziny 19, a już było po 17. Dlatego też tych punktów na mapę nie nanosiliśmy.

Dalej czekały nas kolejne wysokości, błądzenie po lesie. Pojawiało się już zmęczenie, ale obok była Gosia, zawzięta Gosia. Gdy tak czekałem przy rowerach, dostaję telefon, że został odnaleziony kolejny punkt. Super. Jest szósty 🙂

Po szybkiej perforacji czekał nas zjazd torem downhillowym.

Mała przeprawa przez rzeczkę.

To już chyba był trzeci tor do zjazdów, który napotkaliśmy i każdy z nich konkretny, nie dla laików, jakimi czuliśmy się my. Chcieliśmy jeszcze znaleźć punkt niedaleko młyna. Czas gonił i musieliśmy niestety odpuścić. Nie udało się odnaleźć siódmego lampionu, a w planach była jeszcze 1 przy miejscu startu. Szkoda, że przez brak informacji na metę przyjechaliśmy 3 godziny za wcześnie. Pewnie do 23 byśmy po lasach nie biegali, ale nasza zawziętość przekierowana by została na te dwa punkty i może by się udało mieć na koncie ich osiem. Koniec końców z rezultatu jestem zadowolony.

8 godzin i 55 minut byliśmy na trasie. Idealnie wymierzone według limitu, który był nam znany. W tym samej jazdy rowerem były nieco ponad 3 godziny. Pokazuje to skalę trudności tych zawodów.

Posiłek regeneracyjny na mecie.

Taka mała reklama Gorzowa… świąteczna 😀

Mimo, że na 30 paru kilometrach mieliśmy prawie 1,5 km przewyższeń i więcej było biegania niż jeżdżenia to jakoś tak bardzo zmęczenie nie doskwierają. Jeszcze wieczór był długi i tak siedząc przed szkołą patrzyliśmy, jak na metę docierają kolejni zawodnicy. Dołączył też do nas spotkany na trasie Wiesław i otrzymaliśmy od niego lekcję czytania map, używania kompasu, itp. Bardzo dziękujemy, bo dla nas to taka wiedza jest jak skarb. Były też zdjęcia z medalami na ściance no i w końcu trzeba było iść spać. Jutro czekał nas ponad 150-kilometrowa trasa do domu.

Wpis i tak przydługaśny, ale tak jeszcze na sam koniec…

Gosia to bałaganiara, ale to co zobaczyłem w sobotę 16 czerwca 2018 roku na sali gimnastycznej w Katolickiej Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II skłania mnie do jednego… Gosia… przepraszam… są gorsi bałaganiarze od Ciebie.

 

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.