Jestem bardzo zaskoczony, że przy tak późnych wypadach udaje się wykręcić ładne kilometry. Pomocna zapewne jest w tym pogoda, ale najbardziej to Gosiak. Gdyby nie ona, to nie wiem, czy po pracy chciałoby mi się jeszcze gdzieś jechać. Pewnie spacerowym tempem jechałbym na obiad i już tyłka z domu nie wystawił.

Brakuje czasu na planowanie i tak wymyślamy trasę z miejsca. Skorzystaliśmy ze szlaków rowerowych w pobliżu Kłodawy i ostatecznie wylądowaliśmy przy Jeziorze Grabino. Idealne miejsce na odpoczynek. Polana, która aż zachęca, aby rozłożyć się tak z kocem. Nie dziwi zatem fakt, że spotkaliśmy tak dużo wypoczywających, wędkujących, czy spacerujących ludzi.


Jezioro Grabino.


To samo jezioro, ale z innej perspektywy.


Prawie się udało ukryć przed paparazzi.

Chwila fascynacji tym miejscem i jedziemy dalej w las. W zupełnie nieznane, bez spoglądania w mapy, czy GPS. Gdzie nas ścieżki poprowadzą, tam wylądujemy i wtedy będziemy rozmyślać, co dalej. Ostatecznie lądujemy na czerwonym szlaku rowerowym w pobliżu Ośrodka Azyl w Mironicach.


Takie drogowskazy były pomocne. Udowodniliśmy, że rowerem też da się maszerować.

Kilometrów mało i stanowczość Gosi zaprowadziła nas prawie aż do Witnicy. Zatrzymaliśmy się przy jeziorze w Sosnach. Nad głową ciemne chmury, które nie były zbyt optymistyczne. Na szczęście szybko sobie uciekły. Tak samo, jak my. Trzeba było niestety wracać do domu. Już bez kombinowania, najkrótszą drogą.


Gosia coś taka niewyraźna.

Ciemności szybko nas zastały, ale tempo mieliśmy ładne. Gosiak już totalnie się rozkręcił i to ja muszę za nią ganiać, a nie odwrotnie. Robi się coraz ciekawie.

Pożegnanie niemal tradycyjnie przy stacji rozstania, a parę kilometrów dalej wracałem do domu w deszczu. Rozpadało się dość perfidnie, doszedł do tego wiatr prosto w twarz, który jeszcze bardziej to wszystko potęgował. Do garażu wszedłem cały przemoknięty. Normalnie déjà vu.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.