Kolejny dzień z akcentem jedzeniowym spędzony na rowerze. Tym razem wybraliśmy Glisno, bo odbywały się tam targi rolnicze. Mimo, że mamy jeszcze lato, to impreza nosi nazwę Jesień w Gliśnie. Przez najbliższe dwa lata planowałem się tam wybrać. W końcu się udało.

Oczywiście wydłużamy sobie drogę. Jak według nas najłatwiej dojechać do Glisna? Odpowiadam… przez Sulęcin 🙂 Gosiak rano rano pojawia się w Jeninie (z tradycyjnym spóźnieniem) i dalej jedziemy do Krzeszyc. Chciałem przetestować szlak rowerowy, który miał nas zaprowadzić właśnie do Sulęcina. Chciałem jechać niebieskim, ale ostatecznie wylądowaliśmy na żółtym. Ten pierwszy zostawimy sobie na inny dzień.


Żółty szlak rowerowy.


Mała przerwa na grzybobranie.


Jedna znaleziona kania (leżała sobie na trawie) sprawiła więcej radości, niż całe wiadro.

Pierwszy raz jechałem tą drogą i bardzo mi się spodobała. Potem szlaki się łączą. Trochę czarnego, czerwonego i ostatecznie właśnie niebieskiego, który zaprowadził nas do Sulęcina. Po drodze napotkaliśmy kilka ciekawych miejsc, gdzie warto było nieco na dłużej się zatrzymać.

Przełomy Postomii:

Nieco dalej trafiamy na ruiny Starego Młyna. Muszę przyznać, że szlaki fajnie są oznaczone i można się nimi pobawić. Przyjdzie na to jeszcze czas. Dla nas priorytetem były jednak targi.


Gosiak w swoim poza rowerowym żywiole.


Staw.


Trochę o młynie.


Mostek przy ruinach Starego Młyna.


Postomia.

W Sulęcinie nieźle się rozpadało. Na szczęście znaleźliśmy w porę schronienie w jednym ze sklepów. Gdy pogoda się uspokoiła ruszyliśmy dalej w kierunku Wędrzyna, a stamtąd już przysłowiowy rzut beretem do Glisna.


Glisno już niedaleko. Ostatnie podjazdy. Już czuć zapach rolnictwa.

Targi rolnicze, czyli multum stanowisk i wyciskanie kasy od ludzi, co do grosza. Jest co oglądać. Mnie najbardziej zainteresowały zwierzęta. Spotkaliśmy też kilka osób, które były zainteresowane naszymi rowerowymi podbojami.


Gosiak na obchodzie.


W tle Pałac w Gliśnie.


Kucyk uciekający z kadru.


Wyrośnięte szczury.


Pokazowe, nie na rosół.


Nie mogło zabraknąć gołębi.


Taki trend – pióra na nogach.


Królik będzie miał fotkę. Będę mógł nieco odsapnąć.


To właśnie ten biedak został wymęczony przez Gosię ;p


Prawie, jak w miejskim autobusie.


Wiklinowy rowerek.

Gosiaka strasznie gryzły wyrzuty sumienia. Dokładnie trzy tygodnie temu brutalnie wyrwała mi z ręki wiatraczek. Mój ukochany wiatraczek, jeden, jedyny. Dzisiaj pojawił się u mnie uśmiech na twarzy, bo Gosia sprezentowała mi nowy, lepszy. Miał moc, bo to, co pokazał na powrocie doprowadziło mnie niemal do łez. Ważne, że wrócił ze mną do domu. Będą dobre wspomnienia.


To cudo (chodzi o wiatrak) mierzył siłę podmuchów na powrocie do domu.

Wcześniej wspominałem, że pojawił się akcent jedzeniowy. Rozmawiam sobie z jednym panem na temat Unibike’a, bo zainteresowany był wielkością kół. Patrzę, a Gosia idzie z talerzami. Nie mam pojęcia, jak ona to robi, ale nakarmić potrafi. Wszystko było przepyszne, a impreza przy jednym ze stoisk sołectwa przeszła sama siebie. Pozytywni ludzie, pozytywne wrażenia. Nie popełniłem jednak błędu sprzed tygodnia i tym razem spokojniej. Wcześniej jednak otrzymałem jeszcze talerz z sałatką jajeczną i kotletami mielonymi. Paradoks jest taki, że jak ja idę do stoiska to wracam z jednym kotletem na widelcu, a Gosia z całymi porcjami na talerzu… znaczy talerzach.

Zaczęło robić się pusto, ludzie zaczęli składać swoje stoiska. Tak więc pora i na nas. Jak tutaj pojechać? Lubniewice? Nie, są już nudne. Czemu by nie pojechać dalej. Kilka kilometrów brukiem i lądujemy w Nowej Wsi. Tam się solidnie rozpadało, ale bezpiecznie czuliśmy się pod małym daszkiem.


Gdy przestało padać, pojawiła się też tęcza.

Dalej pojechaliśmy w kierunku Skwierzyny, przeskoczyliśmy przez most i w kierunku Gorzowa. Już w ciemnościach. Nieco się też ochłodziło. Mieliśmy jeszcze krótszą przerwę pod drzewami, bo jeszcze postraszył nas deszcz. Potem chmury się rozeszły i droga do domu już bez większych przygód. Spokojna.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.