Jakiś czas temu pojawił się pomysł, aby zwiedzić okolice Międzyrzecza. W zasadzie wyszedł on dokładnie od Gosi, która przypomniała sobie, że bilet PKP w tamtych kierunku jest dość tani. Jakaś tam współpraca między miastami, czy coś tego rodzaju. Oczywiście dla nas problemem nie byłby dojazd do Międzyrzecza, ale czas. Szkoda marnować godziny na trasę, którą doskonale znamy. Chcieliśmy pojeździć po terenach, których nigdy nie widzieliśmy na własne oczy.

Wyposażeni w mapy. No dobra, w zasadzie to Gosia wyposażona. Ja tylko poszukałem, gdzie można wyłapać  jakieś kesze. Większość trasy planowaliśmy z miejsca, tak spontanicznie. Ledwo wyjechaliśmy z Międzyrzecza, a po drodze już mieliśmy dwa przystanki, abym mógł zaspokoić głów poszukiwacza. Zaliczyliśmy dwa kesze. Pierwszy przy sośnie, którą odwiedziliśmy podczas ostatniej wizyty w tym miejscu (nie tak dawno w zasadzie –
Wojskowe pokazy w Międzyrzeczu). Drugie znalezisko parę kilometrów dalej w bardzo urokliwym miejscu – Jezioro Bobowickie.


Wspomniane jezioro.


Tama, może nie tak duża jak największa na świecie Tama Trzech Przełomów, ale ciągle tama.

Kierowaliśmy się głownie szlakami, aby nie korzystać z dróg lokalny, wojewódzki, czy o zgrozo… krajowych. Mimo to jadąc po takiej jednej, gdzie samochodów jak na lekarstwo, droga szeroka, że samolot może wylądować to pewnemu panu nie spodobało się, że jedziemy obok siebie. Szkoda, że nie wszyscy znają przepisy. Mi jednak humor poprawiła dyskusja wspomnianego pana z Gosią. Jej gestykulacja doprowadziła, że samochód się zatrzymał, ale biedny kierowca nie wiedział na kogo trafił. Myślał biedak, że przekrzyczy Gosię. Tylko stałem z boku i się uśmiechałem, bo wiedziałem, że Gosiak spokojnie sobie poradzi. Jak szybki pan kierowca się zatrzymał, tak szybko uciekł.


Stadnina po drodze. Nie był opcji, aby tam nie zajrzeć. Wygrzewające się na słońcu konie.


Pies stróżujący.


Dzik, jakby nie patrzeć to należy do rodziny świniowatych.

Kolejnym celem był Pomnik Wilka. Oczywiście jak to my. Najpierw przestrzeliliśmy, ale w końcu odnaleźliśmy drogowskazy i problemem stał się ten ostatni z napisem, że do pomnika 200 metrów. Co my się naszukaliśmy to nasze, ale się udało. Wdrapaliśmy się na górę i można było przyjrzeć się pomnikowi z bliska.


Pomnik Wilka wzniesiony w 1852 roku, ale przebudowany ostatni raz w 2005.


Oryginalny tekst był nieco inny. Dla mnie bardziej wulgarny. Ten zaprezentowany obecnie bardziej poetycki.

Jeżeli chodzi o pomnik to spodziewałem się czegoś atrakcyjnego. Zwykły obelisk, gdzie 18 lipca 1852 zastrzelono ostatniego wilka w powiecie międzyrzeckim. Dla mnie to na samej górze powinna stać jakaś rzeźba. Wtedy byłby bardziej atrakcyjniejszy. Dodam jeszcze, że w pobliżu pomnika ukryty był kesz, ale jakieś zwierze się do pojemnika dobrało i pogryzło. Czyżby legenda wilka ciągle żywa?

Połykaliśmy kolejne miejscowości, walczyliśmy z piachem w lasach. Pogoda się poprawia, jest fantastycznie, ale wiąże się to z suszami i tonami kurzu i piachu. My jednak mamy takie rowery, że sobie z tym radzimy. Z uśmiechem pokonujemy kolejne kilometry, by zatrzymać się we wsi Szumiąca. Tam znajduje się klimatyczna elektrownia wodna i ukryty nieopodal kolejny pojemnik.


Elektrownia wodna przy rzecze Paklica we wsi Szumiąca.


Ostatni kesz dzisiejszego dnia zaliczony.

Jadąc dalej szlakiem rowerowym lądujemy w Rezerwacie Przyrody Czarna Droga. Początkowo trochę się zniechęciłem, że droga prowadzi przez tak podmokłe tereny. Jednak tamtejsze widoki… fantastyczne. Bardzo chętnie tam bym wrócił, bo naprawdę warto.


Z uśmiechami na twarzy przez rezerwat.


Rezerwat niesamowity i pomysł, aby tamtędy przeprowadzić szlak rowerowy genialny. Coś jak nasze Buki Zdroiskie.

Nie ma sensu rozpisywać się o kolejnych miejscowościach, bo tam nie notowaliśmy dłuższych przystanków. Bardzo chwaliliśmy oznaczenia szlaków, bo drogowskazy spotykaliśmy dość często. Oczywiście do czasu, bo w Panowiciach nieco się pogubiliśmy i wylądowaliśmy na zatłoczonej tirami drodze. Na szczęście kawałek dalej docieramy do czerwonego szlaku, który od całego tego samochodowego zgiełku oddala.


Piachy… phi… błahostka ;p

Po drodze mijamy klimatyczne miejscowości w środku lasów. Parę domów na krzyż, trochę asfaltu. Taka ucieczka od miejskiego zgiełku. Bardzo podobają mi się takie wsie, ukryte wsie. Czas nas gonił, ale pozwolił na przejażdżkę po tych miejscowościach i w Międzyrzeczu meldujemy się gdzieś około pół godziny przed odjazdem pociągu.


Aż nie chce się wracać. Chciałoby się tak po tych lasach jeździć i jeździć.


Już na dworcu w oczekiwaniu na pociąg powrotny do Gorzowa.

Pewne jest, że na pewno tam jeszcze wrócimy. Do objechania jest jeszcze tyle miejsc, a my chcemy zobaczyć jak najwięcej. Pewnie wyjazd będzie wcześniejszy, bo tereny są na tyle specyficzne, nie asfaltowe, że trzeba trochę powalczyć i tym samym cenny czas ucieka. Może to i lepiej, bo człowiek wtedy więcej zobaczy.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.