Po dwóch latach wracam na Szrenicę, ale tym razem przy asyście Gosi. Ponadto rower nieco bardziej już przystosowany do niebotycznych nachyleń. Jedynym utrudnieniem był wybity palec. Kiedy w czwartek ładowaliśmy rowery to wybiłem sobie kciuk. Na szczęście nie na tyle poważnie, aby wymagane było jakieś usztywnienie, ale dyskomfort był i trzeba było opracować inną technikę zmiany przełożeń. Ciągle pozostaje na napędzie 2×10, a z tego że „Rowerem na Szrenicę” to nie tylko podjazdy, ale i zjazdy to trzeba także operować przednia przerzutką.

Zacznijmy jednak od początku. Gosia pieszo wybrała się na Szrenicę i tempo narzuciła sobie na tyle duże, że musiała na szczycie sporo się naczekać. Ja na spokojnie ogarnąłem się rano i do biura zawodów nie miałem daleko. Rozgrzewka zapewniona, bo cały czas było pod górkę.

Startuję z numerem 44.

Jest czas na rozgrzewkę i idealnie pasuje do tego długi podjazd pod wyciągiem z którego później zjeżdżamy w dół, nawracamy i lecimy w las. Na odprawie dowiadujemy się, że czeka nas spore utrudnienie, które w zasadzie spotyka nas wszędzie – wycinka. Trasy nie dało się poprowadzić inaczej, więc mamy rozjechaną drogę, spore koleiny z wodą i pozostałości po drzewostanie. To wszystko z bonusem, bo na stromym podjeździe 🙂

Gdzieś tam na dole jest biuro zawodów.

Do samego startu podchodzę bardzo spokojnie. Biorę ze sobą to co najważniejsze. Niestety Gosia zapomniała wziąć kamerę, a ja uchwytu na rower, więc szans na nagrywanie nie było. Na szczycie temperatura oscylowała w granicach 12-14 stopni, więc do bagażu trafiła wiatrówka. Na dole o wiele cieplej, bo ponad 20 stopni i słonecznie, ale wszystkiemu akompaniował mocny wiatr.

Najpierw w asyście policji udajemy się na początek Drogi pod Reglami. Tam start ostry i już na dojazdówce zaczynają się przepychania. Udaje mi się ulokować jakoś rozsądnie i po starcie dość szybko połykałem kolejnych zawodników i znalazłem sobie bezpieczny azyl (bez nikogo), który w zasadzie nie trwał jakoś bardzo długo. Jechało mi się bardzo dobrze i nawet mieliśmy świetną strefę kibica, którą stworzyli harcerze. Brawa dla nich.

Początek to taka rozgrzeweczka. Podjazdów jest sporo, ale nie są zbyt uciążliwe. Da się je zrobić z blatu. Zjazdy też są i tam na pewno sporo tracę. Miałem okazję porozmawiać jednym z zawodników, który na ostatnim podjeździe przed Kamieńczykiem się już ze mną pożegnał. Dlaczego?
Na podjazdach byłem mocniejsze i szybko leciałem do przodu. Natomiast na zjazdach wspomniany zawodnik mnie doganiał i tak to trwało do ostatniego podjazdu, gdzie z uśmiechami i w żartach się pożegnaliśmy 🙂 . Zobaczymy się dopiero na szczycie.

Dwa momenty miałem, gdzie musiałem mocniej przycisnąć. Bardzo nie lubię, jak ktoś siada mi na koło, bo naoglądał się Tour de Pologne i będzie tak skakał za mną z lewej do prawej. Irytuje mnie to bardzo, więc na podjeździe trzeba było nieco mocniej zakręcić, aby takiego pasażera zerwać. Jak obserwuję zachowanie niektórych osób to chyba zapominają, że ciągle jesteśmy AMATORAMI.

Wspomniana wcześniej wycinka do spacer i gdyby tych kolein i spustoszenia nie było to spokojnie jest to do podjechania. Na pewno znalazły się osoby, które i to przejechały. Potem mamy ostatki i zaczyna się już brukowy podjazd, który na zmianę z płytami ciągnie się już na samą Szrenicę. Podjazd miejscami taki konkretny.

Napęd pozostaje 2×10, ale w bardziej górskiej konfiguracji, więc na największa koronka jest na tyle wystarczająca, że całość idzie podjechać. To był najważniejszy punkt tego dnia, bo chciałem nie zsiadać i to się udało.

A Gosia czeka i czeka.

Szrenica nie bez powodu zwana jest piekłem, które udało się… zaliczyć(?) Już po raz drugi i mimo prowadzenia roweru w obszarze wycinki to czas poprawiony względem tego z 2019 roku.

Fot. Robert Kutkowski

Na finiszu dałem się wyprzedzić, ale już totalnie nie miałem sił na mocniejsze pedałowanie. Stąd też różnica między mną, a kilkoma zawodnika była sekundowa. Ostatecznie uplasowałem się na 45 miejscu, a Gosia ze szczytu miała świetne widoki na moją walkę, bo pogoda idealnie na to pozwalała.

Ostatnie metry.

Uff… już koniec.

Wierna Kibicka dzielnie biegła koło mnie z okrzykami. Przypomniała się Śnieżka, ale tutaj chociaż było cokolwiek widać 😀 . Dziękuję za wsparcie.

Medal ląduje na szczycie, ja w objęciach Gosi. Słodkości pozwalają uzupełnić kalorie i potem chowamy się w schronisku. Na zewnątrz jest zimno i nie ma sensu tam stać. Chociaż parę fotek można było strzelić.

Zjazd musi być w kolumnie, ale organizatorzy podzielili nas na grupy i chyba załapałem się do przedostatniej. Gosia dorzuciła sobie jeszcze kilometrów do Szklarskiej Poręby i w międzyczasie trochę się rozgrzała. Udałem się jeszcze na dekorację i potem już do miejsca noclegu pod prysznic.

Pamiątkowa koszulka i medal.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.