Udało się wyrwać z pracy wcześniej i wraz z Gosiakiem wybraliśmy się na przejażdżkę po okolicy, aby popatrzeć sobie na dożynkowe ozdoby. Taki mój coroczny rytuał i chcąc, czy nie chcąc Gosia została w to zaangażowana.

Pierwszy przystanek w Lubnie. Od razu zauważyliśmy kombajn z panem Mietkiem za kierownicą. Chociaż w wersji kobiecej to kierowcą jest pan Stefan. Imię jest najmniej ważne. Bardziej mi się spodobało, że zaprezentowano coś lepszego, prezentującego się dość ciekawie.


Słomiany kombajn.


Pan Mietek / Stefan (niepotrzebne skreślić) w swoim niezwykle gustownych gumiakach.


Oczywiście Gosia nie mogła odpuścić zabawy samowyzwalaczem.

Żebyście tylko mogli zobaczyć Jej bieg w kierunku kombajnu. Dodam, że trzeba było jeszcze wspiąć się na górę, przyjąć odpowiednią pozę i się uśmiechnąć. No a czas ucieka nieubłaganie. Weź tutaj człowieku utrzymaj powagę…


Mi tam zdjęcia przychodzą z łatwością 😉

Okolice te słyną z miodów i wstyd się przyznać, ale nigdy ich nie próbowałem. No chyba, że jakaś tam degustacja na Miodobraniu, która także jest stałym punktem w Lubiszynie. Poniżej takie nawiązanie do tradycji tego regionu.

Postanowiliśmy sobie nieco wydłużyć przejażdżkę i wylądowaliśmy w Mosinie. Potem jednak uprościliśmy trasę i zameldowaliśmy się w Stanowicach. Tam nic specjalnego nie zaprezentowano oprócz czystości. Po akurat grupa mieszkańców wyposażona w sprzęt sprzątający przygotowywała się do Święta Chleba.

 

Zjechaliśmy do Bogdańca, skrót przez las i załapaliśmy się nawet na część trasy tegorocznego maratonu. Potem Jenin i przystanek przy saki wiejskiej.


„Zamiast szynki idziemy na dożynki”.

Powrót przez Racław, a tam też skromnie jeżeli chodzi o ozdoby. To co najważniejsze zobaczyliśmy i przy okazji udało się fajnie pokręcić.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.