Czwartkowy dzień był bardzo słoneczny, ale niestety wietrzny. Gdy tak dmucha to raczej staramy się skryć w lesie i najlepszą opcją jest droga w kierunku Barlinka. Chcieliśmy jednak przetestować drogę rowerową, która powstaje w kierunku Pełczyc i najlepszą opcją byłoby dotarcie do Barlinka do strony Dzikowa. Tak też uczyniliśmy i wiatr przez większość kilometrów bardzo nam sprzyjał.

Krótka przerwa na czekoladę, zrzucenie ubrań, bo zrobiło się o wiele cieplej i jedziemy w nieznane. Droga bardzo fajna, ukryta w lesie, z dala od ruchu ulicznego.

Gosia w panice… nie wie, gdzie dalej jechać.

Droga niestety urywa się pod wiaduktem i pozostaje powrót, albo wbicie na trasę wojewódzką. Druga opcja jest łatwiejsza, bo nikomu wracać się nie chce.

Przejazdu nie ma. Będzie w przyszłości.

Pełczyce i potem wioskami przebijamy się w kierunku Buszowa. Ostatnio widziałem, że w kierunku Leżącego Słonia nie ma już bruku, a jest piękny, równiutki asfalt. Skuszeni nową infrastrukturą jedziemy. Asfalt jest, ale to na odcinku kilkuset metrów. Potem wraca paskudny bruk, a i kamień cały czas jest na swoim miejscu.

Dawno Cię nie widziałem głazie „Leżący Słoniu”.

Gdy ja obskakuję kamień, Gosia w tym czasie ćwiczy cierpliwość.

Czeka nas trochę jazdy pod wiatr, ale da się to znieść. Z racji tego, że godzina młoda to postanawiamy wrócić do Barlinka. Tradycyjnie do miasta docieramy przez lasek i już wcześniej zauważam skrawek chodnika, który prowadzi w kierunku jeziora i wygląda na miarę świeży. Musieliśmy to przebadać i natrafiliśmy na Szlak Przygody nad Jeziorem Barlineckim.

Szukaliśmy tego już dawno i żeby było śmieszniej, szukaliśmy nieopodal. Gdyby rozglądać się lepiej to zauważylibyśmy charakterystyczne figury zwierząt. No właśnie, przy ścieżce można znaleźć kilka ładnie wykonanych zwierzaków, którym wtóruje Królowa Puszczy Barlineckiej.

Rodzina wilków.

Rodzina dzików.

Parka jeleni.

Samotny żubr.

No i łoś.

Tuż przy jeziorze spotkać można Boginkę Morianę.

Kobieca zazdrość?

Ładne miejsce i trochę poświęciliśmy czasu na zabawę tutaj. Dopełnieniem była wspólna sesja przy Jeziorze Barlineckim.

Samowyzwalacz idzie w ruch.

Kocie ruchy.

Sprint.

Musi się udać.

Gosia, aparat, samowyzwalacz i jej sprint, aby zdążyć ustawić się do zdjęcia. Zawsze to powoduje u mnie śmiech. Gdy już się wyśmialiśmy to ruszyliśmy w drogę powrotną, bez większych udziwnień.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.