W zasadzie przez całą noc padało i deszcz nie odpuszczał jeszcze rano. Prognozy były jednak optymistyczne i tak po godzinie 10 zmierzaliśmy w kierunku Olkusza. Tym razem nie było żadnej zaplanowanej trasy. Ustalaliśmy ją na bieżąco no i trzeba było się nieco nakombinować.

Na start deszczowe serpentyny. Nieco zimno, więc rozgrzewała nas zawrotna prędkość na podjazdach.

Nawigacja prowadzi nas bardzo fajnie, ciekawymi, pofałdowanymi drogami, włączając w to nawet szlaki piesze.

Kościół pw. św. Katarzyny w Sąspowie, który powstał w 1740 roku.

Problem zaczął się później, gdzie usilnie kierowani byliśmy na drogę krajową. Najgorsza z najgorszych opcji. Stąd też postanowiliśmy pojechać nieco w ciemno i był to strzał w dziesiątkę. Trasa bardzo malownicza.

Wcześniej zatrzymaliśmy się na stacji. Deszcz już pozostał wspomnieniem i postanowiłem nieco ogarnąć rowery, aby tak nie skrobały. Gosia miała okazję wypić kolejną, poranną (popołudniową) kawę.

Gdzie jest Gosia?

Gdzie jest Adrian?

Droga wojewódzka prowadząca do Olkusza na której wylądowaliśmy jakoś nas nie zadowalała, więc postanowiliśmy odbić na szlak rowerowy. Problemem było go znaleźć, ale natrafił się inny. Mapa na tablicy informacyjnej uświadomiła nas, że dotrzemy do Olkusza i to fajniejszą trasą. Oczywiście trochę pobłądziliśmy, ale koniec końców odnaleźliśmy drogę.

W miejscowości Troks, a w tle widać zamek, który MUSIMY odwiedzić.

Wspomniany zamek, a w zasadzie ruiny znajdują się w Rabsztynie. Aktualnie jest w remoncie, ale można wdrapać się na górę pod samą bramę. Podjazd z kostki brukowej, ale Śnieżka, czy Szrenica to nie jest 😛.

Parę machnięć i jesteśmy na wzgórzu.

Praca idzie pełną parą i żeby było śmieszniej to na poważnie zaczęły się właśnie dzisiaj.

Mieliśmy okazję porozmawiać z miejscowym Panem, który akurat spacerował z kijkami. Poinformował nas, że zamek w remoncie jest od dawien dawna, ale dopiero na poważnie coś ruszyło właśnie dzisiaj. Trochę opowiedział o tym miejscu. Bardzo przyjemna rozmowa.

Napatrzyliśmy się i wracamy na dół. Odnajdujemy czarny szlak rowerowy, który potem połączy się z Szlakiem Orlich Gniazd i zaprowadzi nas już do Olkusza, bez żadnych, większych udziwnień.

Ruiny zamku widoczne z drogi. Wybudowany na Wzgórzu Rabsztyńskim (447,5 m).

My właśnie ruszamy drogą tuż pod zamkiem z ostrzeżeniem przed spadającymi kamieniami. Na szczęście mamy kaski. Potem widoki są jeszcze lepsze.

Upragniony Olkusz na horyzoncie.

Stamtąd są lepsze widoki?

My mamy swój własny rajd.

Gdzie się powinno jechać, gdy rowerzysta pierwszy raz zawita do jakiegoś miasta? Oczywiście ulica zwana Rynkiem. Najbezpieczniejsze miejsce, gdzie można znaleźć lody 😀 , które my uwielbiamy. Tam też się udajemy i czeka nas miła niespodzianka.

Lody są i to nie jedne, ale także w weekend odbywał się Festiwal Food Trucków. Nie było może tego dużo, ale jedzenie ciekawe. Skusiłem się na azjatyckie pierożki, które od dawna chodziło mi po głowie, ale jakoś zawsze uciekały bokiem. Nie w dosłownym znaczeniu, ale zawsze było gdzieś nie po drodze. No a tutaj proszę, podsunięte pod sam nos 🙂

Dwa już zjedzone 🙂

Zdecydowałem się na miks smaków i szału nie ma. Spodziewałem się czegoś bardziej egzotycznego, a tutaj po prostu były… pierożki. Hmmm… Może akurat kubki smakowe mi się popsuły, bo lody naturalne z pobliskiej cukierni też były takie jakieś… normalne?

Rynek w mieście bardzo klimatyczny i chętnie posiedzielibyśmy na słoneczku nieco dłużej, ale trzeba wracać. Trasa oczywiście na okrętkę i to z problemami, większymi, mniejszymi. Głównie oznaczenie tras, które bardzo łatwo zgubić. Jednak przygotowanie trasy w domu wcześniej jest o wiele lepsze, bo potem nie traci się cennego czasu na analizowanie, czy dobrze jedziemy i dlaczego oznaczenia szlaku nie ma od 5 km?!

Wioskami i trochę krajówką przebijamy się do Jerzmanowic. Jedyna większa miejscowość na powrocie, gdzie w niehandlową niedzielę można namierzyć jakieś sklepy. Niestety pora wieczorna nam nie pomogła i wszystko już było zamknięte. Jeden Pan skierował nas do specyficznego sklepu na czyimś podwórku z numerem telefonu na drzwiach. Sklep całodobowy… specyficzny. W coś tam się zaopatrujemy… np. w przeterminowany żółty ser (zauważyłem to dopiero kolejnego dnia), czy przepakowane ciastka 😯. Coś jednak trzeba było kupić, aby nie paść z głodu i mieć coś na rano. Później sobie przypomniałem, że mijaliśmy przecież stację paliw, gdzie rano mieliśmy tam trochę przerwy. Mój błąd 🙁.

Na szczęście w Ojcowie otwarta była restauracja, która napełniła nam brzuchy przed snem. W zasadzie chyba to było jedyne miejsce, które jeszcze funkcjonowało w okolicach 20 godziny.

Jutro niestety czeka nas powrót do domu 🙁 Chętnie zostałbym tutaj na dłużej. Przepiękne miejsce. Może w przyszłości będzie okazja tutaj jeszcze wrócić.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.