Pomysł wyjazdu rowerami nad morze wyszedł od Gosi i to całkiem niespodziewanie, nagle… bum i po prostu padła propozycja. Mieliśmy jeszcze jeden dzień do wykorzystania na karnecie PKP, więc postanowiliśmy pociągiem dostać się do Świnoujścia. Popołudniowe pociągi idealnie się zgrały i na miejscu mieliśmy się zameldować po godzinie 22. Natomiast z samego rana wyruszyć w drogę powrotną już rowerami. Oczywiście z częściowym zwiedzaniem wybrzeża i zamoczeniem nóżek w Bałtyku.

Dłuuuga podróż koleją.
Połączenia kolejowe tak fajnie się zgrały, że po pracy miałem jeszcze czas na spokojne przygotowanie się i dojazd do dworca. Niemal pod samymi drzwiami spotykam Gosię, która umiejętnie omija rozkopane, gorzowskie ulice. Po remoncie estakady pociągi jeżdżą już z Dworca Głównego. Przesiadkę mamy w Krzyżu i na to jest aż ponad pół godziny, więc totalny spokój.

Nasze szynobusy są lepsze, bo mają więcej miejsca na rowery. Kolej województwa zachodniopomorskiego jest nieco ciaśniejsza, a na dodatek więcej ludzi zmierzało w tym samym kierunku, co my. Na szczęście udało nam się dobrze ulokować i dosiadający później kolejni rowerzyści też znajdowali sobie miejsce. Pełna organizacja.

W Świnoujściu jesteśmy około 22:30 i tak się idealnie zgrało, że prom miał być lada chwila. Z racji tego, że jesteśmy totalnymi laikami to wjechaliśmy na niego z drugiej strony niż powinni rowerzyści 😀 Spokojna instrukcja od obsługi promu i już znajdujemy się po odpowiedniej stronie.

Bielik jest już tuż, tuż.

Zdążyliśmy jeszcze wyposażyć się w skromną kolację przed zamknięciem sklepów i do miejsca noclegu. Jutro czekał nas długi powrót. Pogoda była niepewna, ale jadąc pociągiem to ominęliśmy wszystkie przelotne opady deszczu i jedynie co leciało to z nosa… czasami.

Kierunek Międzyzdroje
Świnoujście było jedynie miejscem noclegu, bo za pierwszy cel wybraliśmy Międzyzdroje. Tak więc z samego rana zawitaliśmy na Orlen i inwestycja w tamtejsze skromne, ciastkowe śniadanie poskutkowało tym, że wyłapaliśmy kolejne zdrapki na energetyki 🙂

Potem na prom, który wyliczony był niemal co do sekundy i kierowaliśmy się Międzynarodowym Szlakiem Rowerowym R10. Może gdzieś tam czasami z niego zjechaliśmy, ale było warto bo widoki przepiękne. Z rana niestety trochę mżyło i nie było to dokuczliwe do czasu wjazdu w las. Ostatnia susza, piach i teraz lekko mokry teren spowodował, że lepiło się wszystko do naszych maszyn bardzo chętnie. Wszystko jest jednak do przeżycia.

Ścieżka Przyrodnicza Bory Bażynowe przez którą przebiegają szlaki rowerowe.

Jechać wzdłuż wybrzeża i widzieć same lasy? Tak być nie może. Drzewostan to ja mam tutaj w lubuskim. Gdy tylko nadarzyła się okazja to chociaż chciałem spojrzeć na morze. No i udało się. Teren ochronny, ale wykorzystaliśmy przygotowane przejścia, żeby chociaż poczuć tę bryzę znad wody.

Wydmy.

Molo, gofry i rower w wodzie.
Docieramy do Międzyzdrojów i jesteśmy na tyle zdolni, że zamiast zmierzać w kierunku molo to jechaliśmy w przeciwnym. Jednak to już u nas niemal norma nie powinno to nikogo dziwić.

Dawno już nie byłem nad morzem. Ostatni raz w gimnazjum, czyli z jakieś 15 lat temu, ale miasto od tamtego czasu to się aż tak nie zmieniło. Żeby było zabawnie to przejeżdżaliśmy nawet obok ośrodka wypoczynkowego, gdzie spędzałem wakacje podczas lat szklonych.

Punkt pierwszy – molo
Do dzisiaj nie wiem, czemu ludzie tak ciągną na molo.? Nie jest to dla mnie jakiś punkt atrakcyjny. No wjechaliśmy (w zasadzie to przecisnęliśmy się) dojechaliśmy do końca, zmarzliśmy i z powrotem. Zrobiłem parę zdjęć, bo większość ludzi tak przecież robi.

Jakby to wszystko podliczyć to może na zapasową dętkę by starczyło.

Punkt drugi – gofry
Hmmm… kiedy ostatni raz jadłem gofra? Kurcze jakby tak pomyśleć… dostępne są na każdy kroku, a jakoś od x lat nigdy się nie skusiłem. Musiałem pojechać aż nad morze, aby jednego skosztować. Nie ma co tutaj doszukiwać się jakiejkolwiek logiki.

Mniam… nutella i banan – idealne połączenie.

Na powyższym zdjęciu można zobaczyć miniaturową wersję Gosi ze specyficznym ułożeniem kończyn dolnych. Jak już wszedłem w klimat wypoczynku nad Bałtykiem to muszą przecież być pamiątki. Tak więc…

Przystojny ja z włosami na głowie i Gosia chroniąca swoje przed silnym wiatrem. O ułożeniu nóg wspominałem?

Na jedzeniu smakołyków nie korzystaliśmy tylko my, ale także ptaki. Na tyle są pewne siebie, że aż lądują na stole prosząc o coś słodkiego. No a że mam miękkie serce to jak tu takiej ptaszynie nie odmówić. Niestety RODO nie pozwoliło na zrobienie jej zdjęcia.

Punkt trzeci – zamoczyć nóżki.
Znajdujemy spokojniejsze miejsce na plaży, a o tej porze dnia i tej pogodzie to nie jest zbytni problem. W ogóle spodziewałem się, że woda będzie znacznie zimniejsza, a było całkiem przyjemnie. Na tyle, że ludzie musieli mieć dużo śmiechu z nas jak po kolana z rowerami nad głową biegaliśmy… może to za dużo powiedziane… brodziliśmy w wodzie robiąc sobie zdjęcia 🙂

Relację z tych figli to może w przyszłości będzie można zobaczyć na blogu u Gosiaka. Ja to wszystko mam jeszcze przed oczami, a zwłaszcza te glony, które nie wiedząc czemu latały w powietrzu 😛 Jakaś boska ręka, czy co?

Tak się zafascynowaliśmy Międzyzdrojami, plażą, ogólnie morzem, że nie wiedząc skąd na zegarku była godzina 11. My nawet jeszcze poważnie nie myśleliśmy aby ruszać dalej, a czekało nas jeszcze gdzieś ze 180 km. Trzeba było jak najszybciej wytrzepać piach i ruszać w długą drogę powrotną.

Nawigacja wie lepiej.
Najbliższa miejscowość to Wolin i tam kieruje nas nawigacja. Częściowo nawet pokryliśmy się z trasą Rajdu Dookoła Zalewu Szczecińskiego na którym byliśmy w kwietniu. Spokojna jazda już bez większych przystanków. Gdzieś tam czasami lekko pokropiło, ale ogólnie było dosyć ciepło, w granicach 20 stopni Celsjusza. Jedynie na co już moglibyśmy narzekać to wiatr. No ale był znośny i dało się go zaakceptować.

Goleniów i Stargard to kolejne miejscowości na naszej drodze. Wybraliśmy wariat lekko-skośny, aby jak najmniej dokuczał nam wiatr. Mieliśmy też lekkie zawirowania z odnalezieniem odpowiedniej drogi i ze spieszącymi się kierowcami, ale na szczęście przeżyliśmy wszystkie te trudności.

Mój obiad – wytrawny naleśnik 🙂

Bardzo szybko uciekały kilometry. Były też wymuszone postoje (wiadomo siku), ale i takie, gdzie spostrzegawczość Gosi pozwala na odnalezienie zagubionego telefonu. Musieliśmy trochę poczekać na właściciela i jak się okazało zostawił smartfona na dachu samochodu… ech… roztargnienie.

W Przelewicach meldujemy się wraz z zachodzącym słońcem. Zrobiło się pięknie, pomarańczowo. Chciałbym kiedyś zobaczyć taki zachód słońca nad morzem, bo jakoś nigdy ku temu nie było okazji.

Czas powiedzieć dobranoc.

Przelewice – Barlinek i w zasadzie to już dom. Nie chcieliśmy już kombinować i najprostszą drogą jechaliśmy w kierunku Gorzowa. Było już ciemno i ruch też jakiś niewielki, więc jechało się całkiem fajnie. Szybko pojawiła się tablica Kłodawa.

Gosia pojechała do siebie, a ja do siebie. Nie było „czułego” pożegnania, bo oboje chcieliśmy przed północą dotrzeć do domu, aby ładnie zakończyć całą tę wyprawę powrotną w jednym dniu. Udało się, z jakieś 5 minut przed końcem soboty 🙂 🙂

Czas podsumowania
Świetny, spontaniczny wypad i chciałbym coś takiego powtórzyć w przyszłości. Jechało się całkiem przyjemnie i mimo przekroczenia graniczy 200 km nie czułem większego zmęczenia. Sprawnie idą nam te wspólne wycieczki, a człowiek i kawał świata… znaczy Polski… zobaczy. Na to drugie przyjdzie czas. Tak samo jak na kolejne przekraczanie granic. Był powrót z Karpacza, teraz znad morza, gdzieś tam dłuższe maratony… co będzie dalej?

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.