Nieco ponad cztery lata temu pierwszy raz dowiedziałem się, że istnieje miejscowość o nazwie Trzcińsko-Zdrój. Wtedy wraz z Gosią wybraliśmy się na dosyć sporą imprezę w klimatach średniowiecznych – Z Festiwalu Rycerskiego do Festiwalu Jadła. Potem było już spokojniej, bo niestety impreza nie odbywała się cyklicznie. Gdzieś ta jeszcze może o Trzcińsko-Zdrój zahaczyliśmy przejazdem i miasto poszło w totalne zapomnienie.

Czas jednak sobie przypomnieć, bo rycerze postanowili powrócić. Miejsce mają do tego świetne, ponieważ Trzcińsko-Zdrój ma bogatą historię i świetnie zachowane mury obronne. Chciałbym kiedyś na spokojnie pojeździć tymi wąskimi uliczkami i obejrzeć je z bliska, tudzież pomacać 🙂 Skupmy się jednak na tegorocznej imprezie pod nazwą Trzcińskie Spotkania z Historią.

Z plakatu nie wynikało, że będą zaprezentowane różne epoki. Tak więc mieliśmy średniowiecze i to też we wcześniejszym wydaniu, ale także i klimaty pruskie I Wojny Światowej. Ta druga opcja bardziej mnie zainteresowała. Oczywiście nie mam nic przeciwko średniowiecznym rycerzom, wojom, ale jest to epoka, która prezentowana jest na wielu imprezach w mojej okolicy (w takim regionie mieszkam 🙂 ) Prusy się pojawiały, ale to nie był wiek XX, ale znacznie, znacznie wcześniejszy (chociażby imprezy w Kostrzynie).

Mieliśmy do przejechania trochę kilometrów i wybraliśmy spokojny wariant i nawet nie wiedziałem, kiedy te wszystkie kilometry uciekły. Bardzo sprawnie dotarliśmy na miejsce i to jeszcze przed rozpoczęciem korowodu, który miał wystartować w samo południe. Ten nam dużo pomógł, bo gdy większość ludzi ruszyła na przechadzkę wzdłuż murów obronnych to my mieliśmy okazję, aby na spokojnie zwiedzić historyczne miasteczko 🙂

Korowód.

Całe obozowisko ulokowane zostało w pobliżu jeziora, wśród drzew, więc mimo panującego gorąca było dość przyjemnie. Uroczyste otwarcie nastąpiło wystrzałami z armaty. Oczywiście jak już korowód wrócił do obozowiska.

Nie wszyscy mnisi żyli w poście. Nie wspomnę co Pan trzymał w drugiej ręce 😉

Nie była to impreza z jakimś wielki rozmachem, ale nie można powiedzieć, że było nieciekawie. Cały czas odbywały się warsztaty, więc można było zobaczyć, jak wytwarzane są różne dzieła, a dla chętnych to nawet je zakupić. Duży plus za to, że twórcy (rzemieślnicy?) bardzo chętnie opowiadali o tym co tworzą, w jaki sposób to tworzą.

Na sam koniec namiot, który najbardziej mnie zainteresował i najdłużej przy nim się zatrzymałem.

Nie był to jakiś długi pobyt, bo czekało nas jeszcze sporo kilometrów do domu. Oczywiście tak zaplanowaliśmy trasę, że z planowego kilometrażu zrobiło się więcej. No ale to u nas niemal już standard.

Ukryte 7%.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.