O 6 rano musieliśmy zameldować się na Łasztwoni, gdzie startowała dziewiąta edycja Rajdu dookoła Zalewu Szczecińskiego. Trzeba było wstać dość wcześniej, ale niestety w nocy padało i nad ranem z małymi przerwami także. Wszędzie mokro, no ale co poradzić, trzeba ruszać.

Po drodze spotkaliśmy grupę rowerzystów i żeby niepotrzebnie błądzić po mieście to się do nich podłączyliśmy. Nie zważali oni jednak większej uwagi na kałuże (tak samo zresztą jak samochody), więc chlapa w butach była nieunikniona. Wielka szkoda, że ochraniacze zostały w domu, nie sądziłem, że będzie aż tak mokro.

Na Łasztowni meldujemy się o dobrej porze i chwilę później dołącza do nas trójka znajomych: Tomek, Robert i Sławek. Razem wybraliśmy siódmą grupę i wystarczyło tylko odebrać pakiet startowy, przygotować bagaże do zabrania przez samochody techniczne, siebie na dalszą podróż i czekać na oficjalny start.

Oczywiście muszą być przemowy, itd. a stanie w miejscu w deszczu nie jest dosyć przyjemne. Każdy na swój sposób jakoś próbował się rozgrzewać, niektórzy z emocji biegali na boczek (czyt. do toi toi). Na szczęście swoje rzeczy, które miały trafić do samochodu miałem w plecaku wodoodpornym, ale współczułem osobom, które powsadzali swoje rzeczy do zwykłych toreb, które tak sobie leżały w tych opadach i czekały na zabranie. Trochę to było mało przemyślane przez organizatorów.

Parę minut po siódmej ruszamy w jednej, wielkiej kolumnie przy asyście policji, która tak prowadziła nas aż do granicy z Niemcami. Przy takiej ilości rowerzystów (a było nas 410!) nie ma co marzyć o jakieś składnej jeździe, a tym bardziej o jakimś rozgrzaniu się. Szansa pojawiła się nieco za Szczecinem, gdzie razem z Tomkiem i Sławkiem polecieliśmy do lasu na siku. Tyle się tego tam zebrało, że wylądowaliśmy za samochodami technicznymi i trzeba było gonić swoją grupę. Było ich 12, my w 7, a w jednej grupie ponad 30 osób. Tak więc było co robić, ale to też pozwoliło nam się bardziej rozgrzać. Temperatura też szła w górę, więc o mokrym, zimnym poranku szybko zapomnieliśmy.

Pożegnanie z Polską na parę godzin.

Dyskusja na temat aspektów technicznych rowerów.

Weź tutaj takiego fat bike’a podnieś nad głowę.

Nadworny fotograf, wszędzie wlezie.

Zanim dotarliśmy do granicy to po drodze przejeżdżaliśmy przez miejscowość Stolec. No musiałem o tym wspomnieć 🙂

Nie będę opisywał uroków dróg rowerowych w Niemczech. Między nami, a naszymi zachodnimi sąsiadami jest przepaść. Świetne klimaty i zważywszy na to, że są to ziemie całkiem mi obce to było jeszcze ciekawiej.

Dłuższy przystanek mieliśmy w miejscowości Ueckermünde. Była szansa na cywilizowaną toaletę, a także na chwilę posiedzenia w miejscowej kawiarni. Pani z obsługi miała ciężką przeprawę z nami, bo nie dość że było nas całkiem sporo to jeszcze nie za bardzo udawało się porozmawiać po angielsku.

Na rynku w Ueckermünde.

Pierwsze poważniejsze spojrzenie na zalew mamy przy okazji przerwy na obiad. Była ona w bardzo ładnym miejscu na rozlewiskach przy śpiewach ptactwa i głośności ponad 400 osób. Obiad przepyszny i było go aż nadto. Duży plus za podawanie potraw w taki sposób, że w zasadzie nie było kolejek. Każdy znalazł dogodne dla siebie miejsce, a potem można było bardziej zagłębić się w piękno tych rozlewisk.

Nasi karmiciele.

Gdy tylko wieża została zwolniona to nieco bliżej mogłem przyjrzeć się walorom tego miejscu. Świetnie, że przez resztę dnia towarzyszyło nam słońce.

Przypadkowym, niemieckim rowerzystom udało się także załapać na ciepły posiłek.

Koniec końców trzeba było ruszać. Dalsza jazda przepięknymi terenami po niemieckiej stronie. Naszym celem było Świnoujście, gdzie zagwarantowany mieliśmy nocleg. Zalew zostawiliśmy za sobą i wróciliśmy na bardziej asfaltowe ścieżki nieco kilometrów dalej znowu mieliśmy postój w miejscowości Anklam… tradycyjnie na siku 🙂

Dla wyczerpanych w pogotowiu czekały rowery elektryczne.

Ostatni dłuższy postój czekał nas jeszcze w miejscowości Usedom.

Na jednym z budynków można było znaleźć tablicę pamiątkową poświęconą kompletnie nieznanej mi osobie Johannowi Bolljahn.

Na spokojnie w necie odnalazłem, że Johann Bolljahn był niemieckim nauczycielem urodzonym na wyspie Uznam. Był rektorem cesarskiej szkoły języka niemieckiego Korei, założycielem niemieckiej edukacji w tym kraju. Dlatego też na tablicy pamiątkowej pojawiają się koreańskie ślaczki 🙂 .

Bardzo ciekawe miejsce do wymiany książek, coś a’la bookcrossing.

Świnoujście coraz bliżej, a czas ucieka bardzo szybko, pora ruszać dalej.

Za łatwo też być nie może, więc pojawiają się Bałtyckie Wzgórza. Trochę podjazdów, ale nie jakieś nazbyt wymagające. Jednak na tyle nachylone, że peleton rozciąga się na dłuuugą odległość. Spowodowało to wymuszony postój w miejscowości Korswandt. Musieliśmy poczekać na resztę osób, scalić się w całość i razem dumnie przekroczyć granicę i wrócić na ojczyste ziemie.

Mimo, że na podjazdach trzeba było mocniej pedałować to uśmiech nie schodził z twarzy.

W Polsce meldujemy się nieco późno, więc nie ma zbyt dużo czasu, aby nieco pospacerować po Świnoujściu. Odebranie bagaży, meldunek w bardzo ładnych ośrodku wypoczynkowym. Udajemy się razem na promenadę, głównie na kolację, którą mieliśmy zagwarantowaną. Potem już spać, bo jutro rano spotkanie na plaży i drugi, ostatni dzień rajdu.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.