Poranek był bardzo chaotyczny, bo organizatorzy wyznaczyli miejsce zbiórki kilka kilometrów od miejsca, gdzie nocowaliśmy na godzinę 8:10. Śniadanie mieliśmy jednak nie tak dużo wcześniej. Gdy pojawiliśmy się na stołówce to panował tam istny chaos. Panie nie nadążały przynosić jedzenia, ale nie ma co się dziwić, gdy tak dużo osób jest do wykarmienia. Na szczęście udało się zrobić kawę zanim skończyła się w ekspresie, a Gosia jeszcze gdzieś wygrzebała jajecznicę. Jak na moje możliwości żołądkowe to śniadanie bardzo skromne 🙂

Mimo, że termometr nie wskazywał 10 stopni Celsjusza to jakoś nie było czuć tego zimna. Słońce już od rana się do nas uśmiechało przez przejrzyste niebo. Zapowiadał się bardzo udany dzień. Tak więc bagaże lądują w samochodzie, a my jedziemy na plażę, gdzie miał wystartować drugi dzień rajdu dookoła Zalewu Szczecińskiego. Już w całości po polskiej stronie.

Zmusić tyle osób do wspólnego zdjęcia to nie lada sztuka.

Trochę piachu i wody, a tyle radości 🙂

Zabawa zabawą, ale trzeba ruszać dalej.

W głowie pozostawały jeszcze wspomnienia z Niemiec, tych świetnych szlaków rowerowych i całego pięknego krajobrazu. Podczas śniadania jeden z przewodników wspominał, że dzisiaj będzie nieco nudniej, że droga będzie monotonna. Myślałem, że może gdzieś tam trzeba będzie się przebić krajówką jakoś, czyli 30 km prostej drogi. Okazało się jednak z goła inaczej, czym się trochę rozczarowałem. Powrót do Szczecina odbywał się w asyście policji w jednej wielkiej kolumnie w większości drogami krajowymi, a także ekspresowymi. Tak więc nie było co liczyć na leśne dukty, czy oznaczenia szlaków rowerowych 🙁

Żeby wydostać się ze Świnoujścia czekała nas przeprawa promowa. Z racji tego, że było nas ponad 400 osób to specjalnie dla nas podstawiony został prom.

Przeprawa nie trwa długo, ale oczy można nacieszyć ładnymi widokami.

Poważniejszy postój organizatorzy zaplanowali przy Jeziorze Turkusowym. Niestety jazda w tak dużej kolumnie nie należy do przyjemnych, więc koncentracja była cały czas wymagana.

Prom na drugim brzegu, pora ruszać.

Żeby zaliczyć wspomniane jezioro musieliśmy nieco odbić ze szlaku w kierunku miejscowości Wapnica. Czekały tam dla nas pączki, całe setki pączków, które przygotowała Stara Pączkarnia ze Świnoujścia. Gdy w szeregach ma się kogoś takiego jak Gosia to nie trzeba stać w kolejce, a i głodnym się nie jest… prawda?

Jezioro Turkusowe.

Taka jakby altanka 🙂

Jezioro bardzo ładne i wcale się nie dziwię, że chciano nam pokazać to miejsce. Przy skraju powstał punkt widokowi, więc napatrzyć można się do woli.

S3 ruszamy dalej i tak kierujemy się w kierunku Wolina, gdzie czeka nas przerwa nad kanałem. Z punktu widzenia potrzeby skorzystania z toalety to takie odpoczynki w centrum miejscowości nie są zbyt korzystne. No ale trzeba sobie jakoś radzić. Kanał nie wchodzi w grę, ale pomocna okazała się pani z pobliskiego kebaba, która bez problemu użyczyła toalety. Przy okazji udało się też w końcu załapać na jakieś lody 🙂

Wioskowe klimaty.

W końcu zjeżdżamy na mniej zatłoczoną drogę. Pola kwitnącego rzepaku, muzyka w tle to nic dziwnego, że u niektórych panował taneczny klimat.

Taneczne możliwość Roberta:

https://youtu.be/Y27yi7PO6mQ
Myślę, że jedno z miejsc w kolejnej edycji Tańca z Gwiazdami jest już zaklepane.

Stepnica to kolejna miejscowość, gdzie przycupnęliśmy na nieco dłużej. Organizatorzy zaskoczyli nas obiadem, którego się nie spodziewaliśmy. Potem się wyjaśniło, że w mailu dotarły do nas złe informacje i jedzenie było przewidziane, ale zaskoczenie dla nas jak najbardziej pozytywne. Ten sam katering z Goleniowa przygotował między innymi pierogi, a że wczoraj był rosół to dzisiaj obowiązkowo pomidorowa 😉

Szczerze przyznam, że jazda zaczęła mnie już strasznie nużyć. W zasadzie nie ma na czym zawiesić oka, bo wszędzie dookoła lasy, a żeby bliżej się z nimi zapoznać to jedynie zjechać w bok na szybką toaletę. Towarzyszem podróży pozostawał asfalt i kilka setek rowerzystów w jednej… kupie.

Postój na przystani w Lubczynie.

Szczecin coraz bliżej i jak nigdy nie pragnąłem, aby już znaleźć się na Łasztowni. Nie tylko ja miałem takie odczucia. Czekały nas jeszcze rundki po samym mieście i chyba nikt tak bardzo nie irytowało, jak widok mety na Łasztowni, a to jeszcze nie ten czas. Ostatecznie po objechaniu trochę Szczecina w końcu się tam meldujemy.

Są podziękowania, pamiątkowe medale, wydanie bagaży i każdy może zmierzać w swoją stronę. Każdy się spieszy, bo nad głowami pojawiła się bardzo ciemna chmura, która zwiastowała nieszczęście.

Wielki brat patrzy.

Pożegnaliśmy się ze znajomymi, załadowaliśmy na rowery i ruszyliśmy do miejsca noclegu. Na szczęście ciemne chmury tylko postraszyły i rajd skończył się szczęśliwie na sucho.

Pamiątkowa koszulka i medal.

Podsumowując cały rajd. Pierwszy dzień jest bardzo fajny, bo Niemcy oferują świetne szlaki rowerowe w przepięknych warunkach przyrody. Chce się tam aż jeździć. Nocleg w bardzo komfortowych warunkach. No ale już z posiłkami to istny chaos, ale przy takiej ilości osób jest to niemal nieuniknione. Inaczej wygląda wydawanie obiadów podczas postoju przez katering na polance (robią to świetnie), a co innego, gdy jedzenie przygotowuje się na miejscu i to jeszcze w pomieszczenia. Jazda w niedzielę jak już wcześniej wspomniałem bardzo nużąca. Postoje coś tam pomagały, bo przynajmniej były w ciekawych miejscach. Brakowało mi jakiś klimatycznych ścieżek, którymi mogliśmy podróżować w sobotę. Nie sądzę, aby nasza ojczyzna nie miała nic do zaoferowania. Taka jazda bardzo mnie zmęczyła, ale mimo to cały rajd, organizację oceniam pozytywnie.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.