Kolejny dzień odkrywania Barlinecko-Gorzowskiego Parku Krajobrazowego. Tym razem do Barlinka na tradycyjną przerwę pojechaliśmy niemal standardową trasą. Jedynie pokombinowaliśmy nieco na samym początku odkrywając nowe rejony okolic Wojcieszyc i Łośna. Potem już te same drzewa, te same krzewy, ten sam asfalt, ale jakby z większymi ubytkami.

Wracając z Barlinka odbiliśmy na drogę prowadzącą w kierunku Moczydła. Tam zainteresował nas bardzo dobrze zachowany poniemiecki cmentarz. Niektóre inskrypcje są w bardzo dobrym stanie, czytelne.

Moczydło i cmentarz zostawiamy za sobą i jedziemy w totalne nieznane leśne ścieżki. Tak przed siebie na tej samej zasadzie co ostatnio, czyli gdzie chcemy tam skręcamy.

Kapitan na mostku.

Zabawa zaczęła się, gdy trafiliśmy między trzy jeziora: Mokre, Zarośnięte i Chłopek. Porobiliśmy tam kółka i tak wylądowaliśmy z powrotem na drodze, którą tutaj dotarliśmy. Żeby było zabawniej to przetestowaliśmy wszystkie trzy dostępne w okolicach jezior ścieżki 🙂 Warto jednak było pokręcić tam kółka, bo widoki przepiękne.

Santoczna w kroplach deszczu.

Jezioro Mokre, taka wymyślna nazwa.

Łabędzie nie chciały zbytnio pozować, ale Gosia ma na to pewne sposoby.

Błąkając się tak po lasach dotarliśmy w końcu do drogi pożarowej nr 20, która zaprowadziła nas do Dankowa. Nie chcieliśmy wracać tak samo, więc zahaczyliśmy jeszcze o Mszaniec. Swoją drogą, jakby tamtędy nie szedł szlak rowerowy to w życiu po jedynym drogowskazie napotkanym po drodze do tej miejscowości byśmy nie dotarli.

Deszcz, który wcześniej straszył już zaczął nieco śmielej sobie popadywać. Ostatni postój zaliczyliśmy w Kłodawie przy cmentarzu. Zawsze gdzieś tam omijamy to miejsce, a nie tak dawno zostało uporządkowane.

Czyżby szaman coś zostawił?

Tak jak zaczynaliśmy, podobnie kończymy. Potem już tylko myjnia, aby rowery świeciły i były w pełni gotowe na następny raz.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.