Wiatr niestety dyktował warunki i dzisiejszy wypad był na zasadzie… może tam? W przypadku dużych podmuchów najbezpieczniej jest w lesie, gęstym lesie. Taki właśnie oddziela Kłodawę od Barlinka i też tam sobie błądziliśmy. Jaka ścieżka nam się podobała to tam po prostu skręcaliśmy. Niezależnie gdzie byśmy nie jechali to musimy wylądować na jakimś asfalcie.

Jezioro Lubieszewko.

Udało się odkryć parę fajnych ścieżek i koniec końców po rundce naokoło Moczydła pojechaliśmy w kierunku Barlinka, tradycyjnie na czekoladę w moim przypadku i kawę dla Gosi 🙂

Przetestowaliśmy też drogę rowerową z Barlinka do Dzikowa. Pierwszy raz od tej strony. Solidnie nas wywiało, więc skorzystaliśmy z kawałka lasu i z powrotem wróciliśmy do Barlinka. Tradycyjnie runda przy jeziorze. Uwielbiam tamtejsze ptactwo, bo ma zero respektu do ludzi. Oni są tam panami, my tylko gośćmi.

Kaczki na Jeziorze Barlineckim.

To wysokie, jaskrawe to już nie kaczka… żeby nie było 😉

W Dankowie ponownie wskoczyliśmy w las i tak jadąc przez siebie, omijając Puszczykowo znaleźliśmy się w Wilanowie.

Wiosna coraz bliżej, więc i przebiśniegów dużo.

Czy dla Gosi są miejsca niedostępne?

Lasami przez Rybakowo, Santoczno wróciliśmy do Lip, a tam już prosta droga do domu. Na szczęście wieczorem wiatr już zelżał i było spokojnie. Ciemności też przychodzą coraz później. Coraz bardziej czeka na wiosnę 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.