Piątkowy wieczór zapamiętany zostanie na zawsze, bo właśnie wtedy miałem okazję na własne oczy zobaczyć pruszkowski tor kolarski. Zostały mi do pokonania ostatnie 4 km. Nawigacja poszła w ruch i wszystko wydawało się proste, ale niestety wcale takie nie było.

Szybki, skromny obiad i ruszam na tor.

Droga była prosta, ale ostatnie 1,5 km to istny dramat. Trasa prowadziła przez park, taki zadbany z oświetleniem i akurat mijałem kilka osób z rosyjskiej reprezentacji… czyli idę w dobrym kierunku – myślę sobie. Niestety gdzieś nawigacja znalazła własne ścieżki i wylądowałem przy ogródkach działkowych, a potem na szagę musiałem pokonywać tory kolejowe. Jakby było tego mało to także i pojawiła się mała rzeczka. To musiał być ból, gdzie już w oddali widać ten wielki obiekt, a ja się tam dostać nie mogę. Ostatecznie gdzieś w tych ciemnościach wypatrzyłem ścieżkę przy rzeczce na podmokłych terenach i jakoś udało się przejść. Potem już na szczęście było z górki. Obiecałem sobie, że już będę się trzymać nieco główniejszych dróg… taaa… obiecałem.

Koniec końców melduję się na torze. Bilet zeskanowany i mogłem tutaj spędzić czas gdzieś do 22. Nie wiedziałem, jak jest tam ciepło, ale emocje i tak zwyciężą, więc kurtka ląduje w szatni. Bardzo miła Pani Szatniarka sama zasugerowała, że oprócz kurtki lepiej także i zostawić bluzę. Przekonała mnie, bo jakoś wielkim zmarzluchem nie jestem. Ponadto wspomniała także o skoczkach, że dzisiaj będziemy kibicować naszym na torze, ale także należą się gratulację naszym skoczkom, którzy także uczestniczą w swoich Mistrzostwach Świata. Myślę sobie o czym ona mówi… akurat w hotelu obejrzałem pierwszą serię i jakoś nie wyobrażałem sobie, że całe te zawody tak się mogą potoczyć. Dopiero oglądając wieczorne wiadomości zobaczyłem, że konkurs był jedną, wielką loterią. Pani Szatniarka znała wyniki, a ja nieświadomy skwitowałem to krótkim, jakże moim taaa.

Skupmy się jednak na kolarskich mistrzostwach. Zostały ostatnie schody do pokonania i tor w końcu pojawia się przed mną. Robi niesamowite wrażenie – jedno wielkie ŁAŁ! To co widać w telewizji jest jakby o wiele mniejsze, to jest ogrom. Coś niesamowitego.

Z tych całych emocji to przestawiłem tor o 180 stopni i myślałem, że jestem na pierwszym wirażu, a tak naprawdę byłem na ostatnim. Na mój pierwszy raz w tym miejscu wybrałem właśnie ten sektor. Mogłem usiąść, ale cały czas stałem przy barierkach, pewnie z rozdziawioną buzią :p

Wyścig punktowy mężczyzn na 40 km – pierwsza konkurencja wieczornej sesji.

Wojtek Pszczolarski był jednym z faworytów do zwycięstwa.

Trybuny trybunami, ale spokojnie można było spacerować po obiekcie. Kółka nie idzie zrobić, bo na pierwszym wirażu znajdują się loże VIP i Polskiego Związku Kolarskiego i tam się dostać bez zaproszenia nie da. Ja i tak dzisiaj chciałem się skupić na oglądaniu, na zwiedzanie przyjdzie czas jutro.

Wróćmy jednak do wyścigu. Mieliśmy w nim rodaka, który nie jeździ w ogonie. Szkoda, że kilka tygodni wcześniej uległ kontuzji, bo jestem pewny, że powalczył by jeszcze bardziej. Był wyróżniającą się osobą i zasłużenie zebrał masę braw. Większą gwiazdą był chyba tylko Holender Jan-Willem van Schip, który całkowicie zdominował ten wyścig. W ogóle była bardzo liczna grupa kibiców z Holandii i tylko oni byli w stanie nas zagłuszyć (mieli trąbki i wuwuzele, dlatego)

DZĘ-KU-JE-MY!

Jan Willem van Schip nie miał sobie równych.

Początkowo hala wybuchła radością, bo wszyscy myśleli, że Wojtek Pszczolarki zdobędzie brąz. Miał tyle samo punktów, co Irlandczyk Downey, a w tym przypadku liczy się miejsce na ostatnim sprincie. Polak ostro szalał i punktował w końcówce, ale na ostatni finisz zabrakło niestety sił i do mety dojechał znacznie dalej niż wspomniany Irlandczyk. 4 miejsce to i tak bardzo dobry wynik. Jeszcze nie raz o Polaku usłyszymy 😉

Najlepsze jest to, że na torze cały czas coś się dzieje. Nie ma jakiś przerw, tylko konkurencja za konkurencją. Boksy są na środku, więc można podglądać co w tym czasie robią zawodnicy. Minus… czas niestety ucieka bardzo szybko.

Po emocjach w wyścigu punktowym przyszła kolej na sprinty w wydaniu kobiecym. Półfinały do dwóch zwycięstw i zawrotne prędkości na finiszu. Tutaj także dzieje się bardzo dużo, mimo że na torze są tylko dwie zawodniczki.

Pierwsza runda półfinałowych sprintów poszła bardzo sprawnie i faworytki nie dały szans rywalkom. Ja jednak czekałem na Wiktorię Pikulik, która startowała w omnium. Dwie konkurencje były w sesji porannej, a teraz przyszedł czas na trzecią – eliminacje. Krótka piłka co dwa okrążenia odpada ostatnia zawodniczka.

Zawodniczki gotowe do startu.

Wiktoria Pikulik niestety odpadła dosyć wcześnie, ale jakieś punkty udało się zdobyć.

Wyścig eliminacyjny jest bardzo ciekawy i jest to jedyny moment, gdzie muzyka jest wyłączana. Spiker informuje zawodników, kto odpada i stąd aby nie utrudniać komunikacji nie ma w tle przygrywajek. My nie jesteśmy uciszani i możemy kibicować bezproblemowo.

Druga rudna sprintów i tutaj wszystko się rozstrzygnęło. Nie trzeba było rozgrywać trzeciej rundy. Na zakończenie tego dnia mieliśmy już poznać zawodniczki, które wywalczą medale w tej konkurencji.

Jak ktoś podczas telewizyjnej relacji widział dynamiczne ujęcia z boku to zasługa tego Pana na segway’u.

SPOILER! Na tym zdjęciu mamy przyszłą Mistrzynie Świata 😉

Przyszedł czas na mega wysiłek, ale na szczęście nie mój. Trudna konkurencja, czyli 1 km ze startu zatrzymanego. Finały, czyli poznamy medalistów. Jak patrzę na zawodników, którzy po starcie muszą rozbujać te ostre koło to nogi aż pieką.

Tak to jest właśnie Mistrz Świata.

Quentin Lafargue złoty medalista.

Jeszcze większy wysiłek, czyli indywidualny wyścig na dochodzenie. Zawodnicy ustawiani są w parach po przeciwległych prostych. Tutaj trzeba pokonać aż 4 km! Ile może zająć pokonanie takiego dystansu??

Filippo Ganna mistrzem świata w indywidualnym wyścigu na dochodzenie mężczyzn. Czas 4:07.992!

Radości nie było końca.

Włoch ma zaledwie 22 lata i to jest dopiero jego druga impreza w randze seniorskiej.

Na tor wróciły kobiety i sprint. Pierwsza runda finałów i tutaj na murowaną faworytkę wyrastała Lee Wai Sze z Hong Kongu. Mało kto na nią postawiłby pieniądze, ale jej dominację w tej konkurencji było widać od samego początku.

Walka o brązowy medal.

Mathilde Gros z Francji zdobywa trzecie miejsce.

Czas na finał.

Lee Wai Sze reprezentująca Hong Kong.

Australijka Stephanie Morton, najlepsza w kwalifikacjach.

Zawodniczka z Hong Kongu górą.

W pełni zasłużona radość.

Na zakończenie dnia pozostawała ostatnia konkurencja omnium, czyli wyścig punktowy na 20 km. Miałem olbrzymie nadzieje, że Wiktoria Pikulik powalczy o jak najlepszą lokatę i nie można powiedzieć, aby była bierna. Ostatecznie omnium zakończyła na 9 miejscu.

Złota medalistka Kirsten Wild.

Omnium jest o tyle ciekawy, że składa się z czterech konkurencji. W trzech pierwszym zdobywa się punkty za zajęte miejsca, a na sam koniec dnia rozgrywany jest wyścig punktowy i zawodniczki przystępują z pulą, którą zdobyły właśnie w poprzednich konkurencjach. Na torze się dzieje bardzo dużo i stąd nie brakuje też upadków.

Zostały tylko ceremonie dekoracji i ludzie szybko opuszczali tor, aby nie stać potem w kolejkach do szatni i mieć problem z wyjazdem. Ja zostałem do samego końcu. Spiker musiał mi podziękować 😉

Ostatnie parę urywków z toru:

Te niecałe 4 godziny minęły bardzo szybko, zdecydowanie za szybko. Jak stanąłem przy barierce, nie myśląc nawet o tym, aby usiąść tak się z miejsca nie ruszyłem. Jutro na pruszkowskim obiekcie miałem spędzić więcej czasu, więc będzie i czas przyjrzeć się mu znacznie bliżej. Na razie było to bliskie, nieśmiałe poznanie.

Szkoda tylko, że nie mam w sobie tyle odwagi, aby zaczepiać ludzi, bo na trybuny wybrał się Wojciech Pszczolarski, a także minął mnie Adam Probosz z Eurosportu. Swoją drogą to spodziewałem się więcej kibiców z zagranicy, ale wcale ich tak dużo nie było. Większość obcokrajowców miało akredytacje, więc byli to dziennikarze, albo po prostu blisko związani z zawodnikami (czyt. rodzina, znajomi). Silną grupę wsparcia mieli Holendrzy oraz Niemcy. Jeżeli chodzi o naszych rodaków. Zdecydowana większość przyszła, bo miała blisko. Nie da się ukryć, że kolarstwo torowe jest niszowym sportem i gdy polscy, czy zagraniczni zawodnicy wybierają się na trybuny, a mało kto ich zaczepia, to chyba świadczy tylko o znajomości tego sportu. Fajnie, że takie zawody obyły się w Polsce, bo może gdzieś to niektóre osoby natknie. Tor przetrwa i przyjdzie mi go zobaczyć jeszcze nie raz i już nie oczami wyobraźni, czy we wspomnieniach.

Plus dla organizatorów taki, że można było całkowicie za darmo wyposażyć się w książkę, która pokrótce opisywała tor, samo kolarstwo torowe, konkurencje, rekordzistów, jak i sam harmonogram mistrzostw. Taka skarbnica wiedzy, która dla większości była zapewne nieoceniona, tudzież niedoceniona.

Zakończenie takie trochę filozoficzne, ale czas wrócić do hotelu, odpocząć (dowiedzieć się, że mamy mistrza i wicemistrza w skokach narciarskich na skoczni normalnej) i przygotować się na jutrzejszy dzień. Bilet całodniowy, więc… nie mogę się doczekać. No i jak tu teraz w nocy zasnąć? 🙂 🙂 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.