Pruszków – większości kojarzy się z mafią, a sympatykom Discovery pewnie z Markiem Krzykaczem. Dla mnie natomiast jest to miejsce, gdzie znajduje się jedyny kryty tor kolarski w Polsce. Ma już na swoim koncie okrągłe 10 lat i po raz drugi w historii odbywały się tam Mistrzostwa Świata. Nie mogłem tej okazji przegapić, bo nie wiadomo jaka przyszłość czeka pruszkowski obiekt. Bardzo ciemne chmury wiszą nad Polskim Związkiem Kolarskim, jak i samym torem. Może jest to jedyna szansa… oby nie.

Tym razem rower został w domu, a do Warszawy wybrałem się nocnym autobusem. Ponad 7 godzin jazdy minęło bardzo szybko. Na Dworcu Zachodnim zameldowałem się przed godziną siódmą. Minus – pogoda. Było o wiele chłodniej niż przyzwyczaiłem się przez ostatnie dni i termometr wskazywał -6 stopni. Na szczęście potem temperatura szła w górę, a nie na tyle wysoko, aby można było odsłonić moją łysą głowę.

Plan był taki, aby skorzystać z miejskich rowerów i nimi dostać się do Pruszkowa. Niestety wszystko trochę się skomplikowało, bo co prawda sezon na wypożyczanie rowerów startuje w większości miast właśnie 1 marca (już w nocy na wszystkie stacje rozwożone były rowery) to niestety nie w Pruszkowie. Tam uruchomienie wypożyczalni ma nastąpić nieco później. Trzeba było plany zweryfikować i większość trasy do noclegu pokonałem pieszo.

Niedźwiadek był bliżej 🙂

Pierwszym punktem mojej wizyty był stacja kolejowa Ursus – Niedźwiadek. Przy niej znajdowała się miejsce, gdzie mogłem wypożyczyć rower i było to najbliżej Pruszkowa. Niestety tym rowerem nie mogłem dojechać do hotelu, bo tam go zostawić nie mogłem. Wykorzystałem go w innym celu: 16 km w jedną stronę, trochę drogą krajową, kompletne nieznane tereny, zimno i rower miejski z trzema biegami… wszystko po to, aby odwiedzić miejscowość Orły 🙂
Kolekcjonuję miejscowości ze zwierzęcymi nazwami i nie mogłem przepuścić takiej okazji. Udało mi się znaleźć tylko taką miejscowość, ale korciła też wieś Owczarnia. Na nią niestety zabrakło czasu.

Już na początku było pod górkę. Nie chodzi o takie prawdziwe wzniesienia, bo ogólnie Warszawa i okolice są niemal płaskie. Problem pojawił się z wypożyczeniem roweru. Posiadam aplikacje, bo usługodawca jest jeden, niezależnie od miasta. Jednak miasto stołeczne chce się wyróżniać i ma swoją. Problem ze złapaniem sieci, aby ją pobrać i trochę czasu uciekło zanim rower został zwolniony z blokady.
Jak wspomniałem wcześniej to rowery były podstawiane w nocy i póki co jeżdżą bez zarzutu. W pełni przygotowane są do sezonu 😉

Nawigacja poszła w ruch i jedziemy. Oczywiście już na starcie polne drogi, więc musiałem trochę sobie weryfikować trasę i potem szło już dobrze. Minus jest taki, że tutaj kierowcy samochodów nie mają poszanowania dla rowerzystów. Tutaj mijani jesteśmy na milimetry i większość rowerzystów po prostu jeździ chodnikami, gdy nie ma ścieżek rowerowych. Postanowiłem iść… to znaczy jechać… ich śladem, bo bardzo chciałem dotrzeć do Orłów, potem przeżyć.

Srebrna strzała.

Rokitno jest wszędzie, tutaj także jest sanktuarium.

Bardzo dużo osób jeździ tutaj rowerami. Nawet listonosze mają przystosowane do rozwożenia listów i paczek dwukołowce. Spacerując przez Warszawę w kierunku Pruszkowa w zasadzie cały czas biegła droga rowerowa. W niektórych miejscach jest rozdzielona od chodnika pasem zieleni. Bardzo dużo osób śmiga do pracy rowerami, czy to ubrani w garniaki, czy bardziej po sportowemu. Problem z infrastrukturą zaczyna się poza granicami stolicy. Tam już drogi rowerowe potrafią się urywać albo są w tragicznym stanie.

Cel osiągnięty! Kolejna miejscowość do kolekcji.

32 km miejskim rowerem po wsiach, drodze krajowej poza strefą jakiegokolwiek komfortu. Poza jakimikolwiek stacjami, gdzie rower można zwrócić. To już trzeba mieć tak nieogarniętą głowę jak ja :] Koniec końców musiałem wrócić do Niedźwiadka. Trochę mi podróż rowerem zajęła i system skasował 9 zł. Nie jest to dużo, jak na taką zabawę. Zwłaszcza, że po drodze mijałem miejscowości z naprawdę ciekawymi nazwami. No chyba te nazwy przebiły te w województwie wielkopolskim.

Rower odstawiony, aplikacja ładnie podziękowała za skorzystanie i odjęła ze salda za usługę. Mi pozostało jeszcze parę kilometrów i sporo czasu. Można było podreptać dalej.

W głowie mam rower, więc chodzę ścieżką rowerową.

Kapliczka z 1920 roku.

W hotelu mogłem zameldować się po godzinie 14. Piątkowy wieczór natomiast miałem spędzić na torze. Sesja wieczorna startowała o godzinie 18:30, ale można było wejść na tor godzinę wcześniej. W ogóle od miłej Pani Recepcjonistki dowiedziałem się, że w hotelu przebywają kolarze, w tym także i reprezentacji Polski. Mi jedynie udało się trafić na osoby związane z reprezentacją, niestety nie samych zawodników. Po nich przyjeżdżał bus i zabierał na tor, a mi pozostało pokonanie tych ostatnich 4 kilometrów, aby całe te Mistrzostwa Świata zobaczyć na własne oczy… jednak o tym już w następnym wpisie.

Bilet już gotowy.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.