Dzisiaj odwiedził nas Leszek, bo koniecznie chcieliśmy mu pokazać trochę naszych terenów. Ostatnio, jeszcze przed wybuchem pandemii, objeżdżaliśmy wspólnie okolice Krzyża Wielkopolskiego. Teraz przyszedł czas, aby Leszek wybrał się w miejsca totalnie jemu nieznane. Zaplanowana trasa może dla nas jest już oklepana, ale trafiło się trochę nowości. Wróciliśmy także do niektórych miejsc, gdzie nie gościliśmy z parę ładnych lat.

Pociąg tak fajnie się ułożył, że po 7 mieliśmy spotkanie na dworcu. O dziwo tym razem nieco (zaznaczam – nieco) ja się spóźniłem. Toż to koniec świata!

Janusz ma się bardzo dobrze. Niegroźne mu żadne wirusy.

Najpierw trzeba było wydostać się z miasta i wybraliśmy najmniej bolesny wariant. Kierunek przez wioski do Kołczyna i potem dalej do Krzeszyc.

Leszek recytujący poezję?

Poranna toaleta.

Prawie, jak na plaży.

Z rana było trochę pochmurno, ale im bliżej południa, tym słońce wychodziło zza chmur coraz śmielej. Wioski to w zasadzie przelecieliśmy, jak TGV. Pierwszym przystankiem miały być Ruiny Młyna Górnego w Krzeszycach, ale przy okazji zawitaliśmy na plac im. Danuty Siedzikówny ps. Inka. Miejsce to trochę zarosło i bez działającej fontanny i braku wielkich figur szachowych traci swój blask. Pamiętam jak się zachwycaliśmy, gdy park został otwarty do użytku publicznego. Było to 5 lat temu! Czas jest nieubłagany.

Wróćmy jednak do ruin młyna. Miejsce to niejednokrotnie się pojawiało tutaj na blogu i za każdym razem zachwyca. Nie zawiodły nas także łabędzie, które na dobre zadomowiły się na rozlewiskach Postomii. Zieleń opanowała to miejsce całkowicie. Myślę, że nasz Gość był zadowolony z widoków.

Zdjęcie do albumu…

… a było tak… geneza powstania…

Najpierw niepewnie.

Ulokowanie prawidłowe… eeee…. kupra?

Także niepewnie.

No i w końcu ulokowanie się i radość z odniesionego sukcesu.

No dobra, bo tam można zostać na kilka godzin i co chwilę coś fotografować. Nie ma to końca, a czas ucieka nieubłaganie. Ruszamy niebieskim szlakiem dalej. Po drodze podejmiemy decyzję, czy dojedziemy nim do samego Sulęcina, czy gdzieś odbijemy po drodze. Na przyszłość wiem, że lepsze ustalenia są jednak z góry, bo tak zdecydowaliśmy się na czerwony szlak rowerowy, który zaprowadził nas tutaj:

Eeeee… ważne, że jedziemy w dobrym kierunku 🙂

Po drodze mijamy stół Pana Makłowicza. Wnioskuję, że powstała jakaś zupa.

Czerwony szlak rowerowy może widokowo jest atrakcyjny, ale niestety przy Jeziorze Głębokim, gdzie odbija na wzniesienia, jest całkowicie zarośnięty. Na szczęście my takich rzeczy się nie boimy i twardo jak surwiwalowcy z krwi i kości mkniemy przed siebie. To nic, że jest mokro po opadach deszczu i że w butach jest mokro, to nic.

Wyznaczanie pozycji wyjściowej do ataku chaszczy.

Trochę pobłądziliśmy, ale ostatecznie udało się trafić na jakąś drogę i szlak nordic walking. Trochę modyfikujemy plany i zmierzamy w stronę Sulęcina. Wracamy także na niebieski szlak rowerowy, ale miasto w zasadzie niemal omijamy, bo kierujemy się w kierunku Żubrowa.


Nasz punkt zaczepienia – wieża kościoła w Żubrowie.

Jedno z ostatnich spojrzeń na asfalt. Nieprędko wróci.

Główny cel naszej wyprawy, czyli Wąwóz Żubrowski
Miejsce przepiękne i żadne zdjęcia tego nie odzwierciedlają. Tam po prostu trzeba być. Z Gosią gdzieś tam ostatnio skraje wąwozu czasami liźniemy, ale dzisiaj miało być pięknie, w sam środek.

Jama jakiegoś potwora?

Jest kilka dróg i przed rozwidleniem postawiono drogowskazy oraz wielką mapę. Polubiliśmy czerwony szlak rowerowy i na niego się decydujemy. Potem wrócimy na niebieski… takie déjà vu 🙂 .

Przydałaby się lina, aby wrócić na górę.

Chwila zadumy.

Efekt piękna tego miejsca potęgowało słońce, które przebiło się przez drzewa i rzucało swoimi promieniami. Magia.

Trzech Jeźdźców Wąwozu.

Trochę o tym miejscu. Trzeba niestety przechylić monitor i wyposażyć się w lupę.

Czerwonym szlakiem dojechaliśmy do Ruin Młyna i tutaj odbijamy na niebieski. Nie wybieramy jednak łatwiejszej opcji, czyli Starą Gliśnieńską Drogę. Wdrapujemy się do góry i chcemy do Lubniewic dojechać będąc jak najbliżej brzegu Jeziora Lubniewko.

Jezioro Lubniewko.

Zawsze myślałem, że to jest jedno, wielkie jezioro Lubiąż, a okazuje się, że przesmyk dzieli na dwa osobne. Tak więc przy samych Lubniewicach mamy Jezioro Lubiąż, a bliżej Sulęcina jest Jezioro Lubniewko. Człowiek jednak uczy się całe życie.

Pomost pontonowy. Tyle w temacie. Nic więcej nie muszę dodawać.

W razie problemów jest pagaj 😉

Droga Pożarowa nr 1, gdzie przebiega jednocześnie zielony szlak rowerowy jest naszym kolejnym wyznacznikiem. Właśnie tędy dojedziemy do samych Lubniewic. Tam jakaś dłuższa przerwa i trzeba będzie pomały myśleć o powrocie do Gorzowa.

Góra – dół – góra – dół. Tak z punktu rowerzysty można opisać wąwóz.

Co roku w tym miejscu odbywa się Crossowy Maraton Rowerowy MTB Amatorów. Nigdy nie było mi jakoś tutaj po drodze, może też marcowy termin nie pasował (są to jedne z pierwszym zawodów po zimowym zwolnieniu). W tym roku z racji panujących warunków maraton się nie odbył, ale chciałbym w przyszłości poprzeklinać w głowie te wzniesienia :p

Wróćmy jednak do spraw przyziemnych. Na bardziej płaskie tereny.

Nie mogło się obyć bez wizyty w Parku Miłości.

Mostek Miłości.

Komuś chyba się nie ułożyło.

Żeby nie było tak pesymistycznie.

Na szczęście restauracje są otwarte i udało się załapać na kawę i jakieś słodkości w Pycha Ryba. Słońce tak zdominowało niebo, że na pomoście pojawili się nawet plażowicze. Na szczęście nie było takich tłumów, a to w Lubniewicach zdarza się bardzo często. Chyba środek tygodnia nas nieco uratował, no i może tak nie do końca pewna pogoda.

Przeczytaj i zapamiętaj.

Wrona szara.

Popilim, pojedlim – jak to mawiał mój ojciec. Najlepszą opcją powrotu jest szutrówka i potem dukty leśne, które zaprowadzą nas do samego Glinika. Po drodze odwiedzamy też Rezerwat Przyrody Janie.

Paaatrz… rezerwat!

A tam do góry wiedzie szlak rowerowy i cały czas się uśmiecham widząc ten podjazd.

Żeby załapać się na najpiękniejsze elementy przyrody trzeba być niemal niewidocznym.

Jak wyżej. Mi się udało 🙂

Jak na złość to wiatr nieco się nasilił, ale my na szczęście byliśmy ukryci w lesie. Postanowiliśmy zrobić jeszcze krótki przystanek przy Jeziorze Glinik. Ogólnie to trochę tych jezior dzisiaj minęliśmy, a pogoda nie pozwoliła, aby zamoczyć gdzieś nóżki. Udało się to jedynie w mokrych chaszczach.

Jeizoro Glinik.

Morskie skarby.

Tutaj chyba dawno już nikt nie mieszka.

Czasu było sporo, więc do miasta wracamy przez wioski w tym przez nagłośnione ostatnio Ciecierzyce. Nawet zbytnio nie musiałem rozwijać historii o krowach, bo ta dotarła nawet do wielkopolski 😀

Na pociąg mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc można było to wykorzystać w najlepszy sposób w jaki tylko można, czyli stojąc w kolejce po lody w Górce & Kulce.

Każdy z nas może odmienić losy tego świata.

Trochę tych kilometrów wpadło, przewyższeń także, więc kalorie trzeba było uzupełnić, np. kolejną porcją u konkurencji, czyli Lody Tradycyjne na Strzelckiej.

Leszek wsiadł do szynobusu i odjechał siną w dal, ale jestem pewien, że wyciągnął tam już swój kalendarz kieszonkowy i planował kolejną wizytę u nas. Miejsc do pokazania jest sporo, tak jak spory jest Wąwóz Żubrowski.

My jeszcze przebiliśmy się ulicami miasta i także wróciliśmy do siebie.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.