W tym roku Mistrzostwa Polski w kolarstwie przełajowym odbywały się w Strzelcach Krajeńskich. Cieszyłem się, że tak blisko i będzie można popatrzeć na najlepszych zawodników w kraju. Gosia niestety weekend spędzała w pracy, a ja od rana biłem się z myślami, czy pojechać na zawody. Głównie przez pogodę, ponieważ noc była mokra, a rano wcale nie było lepiej. Jeszcze gorsze były prognozy na resztę dnia. Lepsza aura była w sobotę, ale mnie głównie interesowała kategoria Elita, a ta kończyła zmagania w mistrzostwach, czyli licencjonowani zawodnicy startowali w niedzielę po południu.

Jakoś się zebrałem i ruszyłem najpierw w kierunku Dankowa przez Kłodawę. Wybrałem taki wariant, aby wiatr zachodni mi trochę pomagał. Było pod górkę, ale na szczęście powrót będzie z górki, jak to nazywam – dołem. Co chwilę popadywały, ale na szczęście temperatura była na plusie. Jechało się dosyć dobrze stąd też byłem na miejscu nieco za wcześnie. Może to i lepiej, bo jakoś można było się ulokować i zorientować co i jak. Swój start kończyli akurat Juniorzy, a o 12:45 miał rozpocząć się wyścig Elity Kobiet.

Nie mogło zabraknąć Pana Redaktora Kurka… bez Niego to nie mistrzostwa 😉

Gosia zadzwoniła akurat, gdy wystartowała Panie. Dziewczyny poszły bardzo ostro. Warunki były trudne, bo ciągle padało. Aparat zaczął parować, tak samo jak okulary, a w łapki było zimno. Zobrazowałem Gosi sytuację to mogła się czuć niemal jak na zawodach. Chociaż znam swój styl opowieści to pewnie i tak nic nie zrozumiała, nie mówiąc o tym, czy zapamiętała :p

Na przełajowców potocznie mówią błotniacy i dzisiaj mieliśmy tego dowód. Na pewno nie było sucho. Stąd też aby popatrzeć na zmagania to szukałem miejsc w głównie z betonową nawierzchnią, aby się nie zakopać wraz z rowerem. Na szczęście trasa w całości była widoczna niemal z każdego miejsca. Bardzo dobrze ulokowana.

Kibiców było sporo. Nie odstraszały warunki, bo na trasie dużo się działo. Sobotnie zmagania widziałem tylko na zdjęciach i filmikach, a dużo mówiło się o pewnej górce. Rzeczywiście górka konkretna, bo od razu rzucała się w oczy. Było co podbiegać… i zbiegać.

Aparat zaczął parować… chyba to czas aby spasować.

Najlepszą opcją na oglądanie takich zawodów jest wybranie się na miejsce zawodów bez roweru. Przede wszystkim w gumiokach, bo błoto jest wszędzie. Nie tylko na ubraniach zawodników, ich rowerach, ale także w powietrzu. Świetnie widać to było na asfaltowej prostej start/meta, która w zasadzie przemieniło się w błoto. Na wyposażeniu trzeba mieć także parasol i ciepłe ubranie z rękawiczkami przede wszystkim. Dla zmarzluchów była ciepła grochówka, herbata lub kawa.

Niestety nie mogłem już zostać na wyścig Elity Mężczyzn, który miał startować o 13:45. W takich warunkach nie za bardzo chciałem wracać po ciemku. Czekał mnie powrót do domu i wpadłem na świetny pomysł, że pojadę na Górki Noteckie… pomysł byłby świetny, ale nie w takiej pogodzie. Zafundowałem sobie swoje własne przełaje, bo tradycją się staje, że niemal wszystkie szlaki rowerowe w okolicy rozjechane są przez ciężki sprzęt do wycinki drzew. Moje prywatne spa zakończyło się dopiero na upragnionym asfalcie w Płomykowie. Potem już prosto do domu rzucając błotem na lewo i prawo… jak zawodowcy 😉 Mimo trudnych warunków cieszyłem się, że brzydka aura mnie nie zniechęciła i pojechałem do Strzelec.

Nie będę tutaj przytaczał wyników, bo spokojnie można to sobie odszukać w necie.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.