W październiku tego roku oddano do użytku nową drogę rowerową z Dzikowa do Barlinka. Jest to 6 km gładziutkiego asfaltu, który w przyszłości tworzyć będzie Trasę Pojezierzy Zachodnich. Inwestycje poszły pełną parą i powstaje już trochę dróg rowerowych w województwie zachodniopomorskim. Wspomniany kawałek za parę lat zostanie wydłużony i tak dotrzemy do samego Myśliborza… tak przynajmniej wskazują drogowskazy 😉

Mimo, że mamy koniec listopada to pogoda jest całkiem niezła. No może wykreśliłbym opady deszczu, ale na szczęście nie były one na tyle duże, aby bardzo utrudniały jazdę. Coś tam sobie mżyło, kropiło… nie za bardo zwracaliśmy na to uwagę.

Wybraliśmy najprostszy wariant dotarcia do Dzikowa. Pytanie tylko, gdzie ta ścieżka się znajduje dokładnie? Wiem tylko, że powstała na starym nasypie kolejowym i tutaj pomocna okazała się Gosia i jej kobieca intuicja. Odbijamy w bok z drogi wojewódzkiej Barlinek – Lipiany i natrafiamy na nowo powstałe cudo… wow… takie było pierwsze wrażenie.

Zawsze pozostawiamy po sobie porządek… po innych trzeba sprzątać.

Droga rowerowa idzie w zasadzie wzdłuż drogi wojewódzkiej, ale na tyle daleko od niej, że dookoła mamy pola i trochę drzew. Teraz w jesiennych klimatach jest łyso, ale gdy wrócimy do zieleni to powinno być całkiem przyjemnie.

Będzie wspólne zdjęcie.

Na powyższym zdjęciu za plecami niezwykle skoncentrowanej Gosi widać właśnie dawny nasyp kolejowy i to właśnie tam dalej będzie prowadzić dalsza część trasy. Nie wiadomo jeszcze, kiedy miałoby się to stać.

Jedziemy sobie nową drogą jarając się na maksa. Deszcz niestety zaczął padać mocniej i popsuł trochę klimat i przez to zabrakło zdjęć z dalszego odcinka trasy. Docierając do Barlinka mamy zapewnione piękne widoki. Jesteśmy nieco wyżej, a w tle wiją się zabudowania. Droga kończy się bardzo blisko lubianej przez nas stacji paliw Orlen. Tam też zarządzamy przerwę 🙂

Powrót już tradycyjnie w kierunku Dankowa i dalej na Łośno. Po drodze zatrzymujemy się przy Jeziorze Barlineckim, bo tam stado Morsów postanowiło się pokąpać… w taką typowo jesienną pogodę. Trochę im powspółczujemy.

Były zachęty dla nas, ale ja wolę pozostać w cieplutkim ubraniu na brzegu. Jedynie to mogę zdjąć rękawiczki, aby zrobić zdjęcie, czy pomachać. Nawet pies, który był wabiony do wody ulubionym patykiem nie myślał o tym, aby w ogóle tam wejść.

Gorzów coraz bliżej, a nam było mało lasów, więc trochę bocznymi drogami przedarliśmy się do Hubertówki. Była chęć na ognisko, ale nie mieliśmy na tyle zdolności, aby rodem z filmów amerykańskich z dwóch kijków wyczarować ogień. Przeszukaliśmy całą wiatę i Gosia natrafiła na skrzynkę geocaching, ale tę z anglojęzycznej strony. Co tam, wpisałem się… może w przyszłości i z tego portalu skorzystam, bo polski Opencaching to stanął jakby w miejscu.

Potem już wioskami wróciliśmy w ciemnościach do domu.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.