Jadąc do Karpacza zdecydowaliśmy się na zakup karnetów na kolej, które pozwalają na trzy dni bezproblemowej jazdy pociągami. Skorzystaliśmy z nieco tańszej opcji – REGIOkarnet. Z racji tego, że został nam jeszcze jeden dzień do wykorzystania, a termin ważności karnetu zbliżał się coraz większymi krokami to postanowiliśmy go wykorzystać. Mogliśmy jechać gdzie chcieliśmy i tak wybór padł na Trzciankę. W zasadzie miała być Trzcianka, ale tak się zasiedzieliśmy w pociągu, że ominęliśmy stację… nie chciało nam się po prostu wysiadać 🙂

Trzeba udokumentować, gdzie w ogóle jesteśmy.

Z Gosią tworzymy duet, ale tym razem dołączył do nas ktoś nowy. Myślę, że towarzyszyć nam będzie przez dłuższy czas. Nie straszna mu pogoda, ale nie za bardzo chce pomagać przy samej jeździe. Wręcz przeciwnie, chyba za bardzo boi się prędkości, bo bardzo często obraca się tyłem do kierunku jazdy…

Nowy kompan – Krecik – przywieziony z czeskiej Pragi.

Nawigacja poszła w ruch. Krecik tylko się odwracał i miał rację. Na mapie drogi może są widoczne, ale w praktyce już nie za bardzo.

W totalnej dziczy.

Musieliśmy pokonać wały gruzu, chaszcze i jakbyśmy uparli się na dalszą jazdę to zakończylibyśmy ją w stawie. Droga znajdowała się za siatką, więc musieliśmy sprytnie przerzucić rowery. Krecik nic sobie z tego nie robił, cały czas banan na twarzy… w sumie u nas także 😉

Na horyzoncie pojawiła się Człopa. Konkretniejsze miasto, bo Trzciankę gdzieś na starcie minęliśmy bokiem. Natrafiamy na drogowskaz, który prowadzi do zabytkowego wiaduktu. W zasadzie to po nim przejechaliśmy i nawet nie wiedzieliśmy, że jest zabytkowy. No może jakby zejść na dół to stamtąd wyglądałby na wiekowy, ale u góry jest wyremontowany i niczym się nie wyróżnia.

Żeby nie było, że wiadukt ominęliśmy. To jakiś inny, może też zabytkowy (jak nie teraz to za jakiś czas na pewno).

Postanawiamy szlakami jechać dalej w kierunku Tuczna. Wykręcimy kółko i pociągiem z Krzyża Wielkopolskiego wrócimy do domu. Karnet trzeba wykorzystać do oporu. Plan jest ustalony i dalsza droga nie zaskakuje nas totalną dziczą.

Wczesna jesień jest przepiękna.

Drzewiasty smok.

W lesie napotykamy na bardzo fajną szutrową drogę, która już w większości powstała, ale ciągle odbywają się tam prace. Jedzie się bardzo komfortowo, zwłaszcza że pogoda dopisuje. Mamy październik, a jest bardzo ciepło.

Na naszej drodze pojawiają się ponownie Wołowe Lasy. Nazwa sama w sobie dosyć ciekawa. W przeszłości już gdzieś się pojawiała na blogu, ale ciągle mnie nurtuje skąd się w ogóle wzięła, kto wpadł na pomysł nazwania tak miejscowości? Z takich specyficznych nazw słynie województwo wielkopolskie, a tutaj mamy taką perełkę także w zachodniopomorskim.

Jazda idzie bardzo sprawnie i na dworzec w Krzyżu docieramy dużo przed czasem odjazdu ostatniego pociągu do Gorzowa. Może noce już nie są tak ciepłe, ale wybraliśmy powrót już w totalnych ciemnościach. Na uwadze musimy mieć, że pociągi dojeżdżają tylko do Santoka, a stamtąd mamy 15 km do domu.

Nealkoholické pivo. Mało smaczne według znawczyni trunków.

Mimo, że temperatura pokazywała poniżej 10 stopni to jakoś nie było tego czuć. No może ten czeski bezprocentowy trunek tak nas rozgrzał, albo wrażenia po nowych terenach… tego amerykańscy naukowcy nie wiedzą. Jesień w tym roku, zwłaszcza jej początek jest przepiękna. Ciepła i kolorowa.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.