Pytanie retoryczne na sam początek wpisu. Gdzie ustawi się zawodnik, który chwilę po starcie się przewróci? Odpowiedź jest prosta… przede mną 🙂

Zacznijmy jednak od początku. W tym roku odbyła się druga edycja Duathlonu Gorzowskiego. Bardzo fajne ściganie w zamkniętym ruchu. Coś co jest rzadko spotykane w amatorskim ściganiu na szosie. Duathlon to jazda na rowerze oraz bieganie. Z tym drugim u mnie jest trochę problem, bo jedynie to mogę pobiec po bułki do sklepu. O wiele lepiej czuję się na rowerze. Na szczęście organizatorzy dopuścili do startu sztafety, więc trzeba było znaleźć kogoś chętnego. Uruchomiłem wszelkie swoje kontakty (a nie ma ich niestety zbyt dużo) i udało się znaleźć Zbyszka. Biega przyzwoicie, więc czemu by nie spróbować się pościgać. Dogadaliśmy się bardzo szybko, bo o zawodach wiedział wszystko, ale brakowało mu roweru szosowego, aby wystartować… a ja taki posiadam 😉

Całe biuro zawodów, start i meta było na parkingu przed Słowianką. Tak więc mam bardzo blisko. Już chyba ściganie musiałoby być u mnie w domu, aby było bliżej. Z rana sobie spokojnie poszedłem odebrać pakiety startowe i wróciłem się przebrać. Organizatorzy się postarali, bo fajne rzeczy można było znaleźć w reklamówce. Ponadto były atrakcje dla dzieci w postaci toru przeszkód, czy pokazy ratowników górskich z Bieszczad.

GOPR Grupa Bieszczadzka szykują się do pokazu.

Bardzo duży plus dla organizatorów, że farbą zaznaczyli ubytki w jezdni, a tych nie brakuje. Ogólnie trasa była mi znana i już od kilku dni się zastanawiałem, jak jechać, aby je omijać. Na szczęście oznaczenie bardzo to ułatwiło, bo wiadomo, jak to jest już podczas ścigania. Łatwiej można było to wszystko kontrolować.

W oczekiwaniu na start.

Wymusiłem trochę, aby na zawody przyszła mama, no bo ktoś musi przecież zabrać ode mnie kurteczkę 😉 Robiła też za fotografa… hmmmm… dużo osób było ubranych na fluo i przy dużej prędkości to ciężko jest rozpoznać w tym całym zamieszaniu swojego syna 🙂

Krótka rozgrzewka i tradycyjnie ustawiam się gdzieś przed połową stawki. Równo o godzinie 9 ruszamy i tutaj niestety mam pecha, w zasadzie to nie tylko ja. Zawodnik przede mną za szybko wpina się w pedały i przy całym tym zamieszaniu, gwałtownym hamowaniu upada. Nic mu się nie stało, bo przy takiej prędkości to zbytnio się tego nie odczuje, ale robi się kocioł i zostaję zablokowany.

Pozostaje mi samotna jazda i próba przeskoczenia do lepszej grupy. Po całym tym zamieszaniu na starcie ląduje wśród osób, które nie jadą nawet na rowerach szosowych. Szybko gnam do przodu, ale każdą grupę, którą udaje mi się dogonić jest dla mnie za wolna. Na podjeździe Aleją Księdza Witolda Andrzejewskiego (średnie nachylenie w granicach 6%) postanawiam znacznie przyspieszyć i z boku słyszę Mariusza (najlepszy fachowiec od rowerów w mieście), który mnie uspokaja. Jak mam być spokojny, gdy lepsi zawodnicy mi uciekli, a na podjazdach czuję się bardzo fajnie? No jak?

Jechało mi się bardzo dobrze. Dwie bardzo mocne grupy były już poza zasięgiem. Doganiałem i mijałem osoby dla których tempo było za mocne i gdzieś tam powoli odpadali. Tak dotarłem już do lepszej grupy, gdzie spotkałem Piotrka. Próbowałem na podjeździe w kierunku Tesco uciec, ale pod koniec pętli zostałem dogoniony. Wtedy postanowiłem tutaj pozostać i trzymać się tych kilku osób. Nie trwało to jednak długo, bo dowiedzieliśmy się, że czeka nas ostatnie okrążenie. Aleja Księdza Witolda Andrzejewskiego znowu stała się dla mnie pomocna i postanowiłem tak zaatakować ile tylko pozostało sił. Udało się dogonić ostatnie osoby, które gdzieś tam poodpadały i przede mną miałem tylko wspomniane dwie najmocniejsze grupy.

Zrobiłem co mogłem i tak dotarłem po pięciu rundach, dziesięciu podjazdach i prawie 38 km w nogach z powrotem do Słowianki. Wpadam do strefy zmian jak dzikie zwierzę, ale pan z obsługi uświadamia mnie, że tutaj trzeba rower prowadzić, a nie jechać… nie wspominałem wcześniej, że nie lubię biegać, a tutaj mi każą? Heh. Zbyszek przejmuje chip i rusza na trasę. Jego czeka jedna pętla z dorzuconymi ścieżkami w Parku Kopernika. Do przebiegnięcia ma 8 km. Przekazuję mu, że do prowadzących tracimy 7 minut. Moje zadanie zostało wykonane.

Zbyszek na trasie.

Odzyskałem od mamy kurteczkę i kręcę się gdzieś w okolicy mety. Jest kilku znajomych to można trochę porozmawiać i jakoś ten czas mija. Mija… nie wiem ile to minut upłynęło po moim wpadnięciu do strefy zmian, ale na mecie melduje się zwycięzca i to startujący jeszcze indywidualnie!! Szacunek.

Po jakimś czasie widzę w oddali niebieską koszulkę i pojawia się partner teamowy.

Ostatnie metry do mety.

Finisz niestety przegraliśmy o 2 sekundy. Ostatecznie zajmujemy 7 miejscu wśród męskich sztafet na 21 startujących. Nie jest chyba źle. Dwa pierwsze miejsca były poza zasięgiem, ale jak teraz się to wszystko analizuje to gdzieś tam można było urwać minuty i powalczyć o miejsce na najniższym stopniu podium. Ścisk był dość duży i w zasadzie sekundy wpłynęły na końcowe miejsca.

Jenin to ja znam bardzo dobrze 😉

Impreza bardzo fajna, bo takie ściganie bez samochodów to super sprawa. Szkoda, że tylko zagotowało się tak na starcie, ale przynajmniej w pełni mogłem sprawdzić swoje umiejętności. Patrząc na wykresy to jechałem bardzo równo, bez szarpania i to cieszy. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję, że odbędzie się jeszcze nie jedna edycja duathlonu. Być może też w niej wystartuje, jak znajdzie się oczywiście chętny biegacz, tudzież biegaczka 😉

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.