Wolny dzień, góry i przyzwoita pogoda. Pozostawieni sami sobie postanowiliśmy część dnia spędzić na rowerze. Tak spokojnie, bo przecież jutro zawody, ale czy u nas da się spokojnie? Ostatecznie skończyło się na wersji o której wrócimy do domu o tej wrócimy. Jak podczas wspinaczki na Śnieżkę coś pójdzie nie tak to będzie na co zgonić 😛

Mapa poszła w ruch i postanowiliśmy pojechać w kierunku rogatek Karpacza Górnego, zjechać wioskami na dół i dalej w kierunku Szklarskiej Poręby w pełni napawać się fajnymi trasami rowerowymi prowadzącymi przez las. Nasza dzisiejsza przejażdżka częściowo pokrywała się z trasą zawodów Seidorf Mountain Triathlon, które będą miały miejsce w pobliskiej Sosnówce właśnie 1 września, gdy ja będę wypluwał płuca w drodze na Śnieżkę.

Takie ostrzeżenia można spotkać na niektórych zjazdach.

Głównym wyznacznikiem były Euroregionalne Turystyczne Szlaki Rowerowe, głównie ten oznaczony nr 2. Czasami z niego zjeżdżaliśmy aby w pełni nacieszyć się lasami i ich dzikością, stąd też korzystaliśmy czasami ze szlaków pieszych.

Takie zjazdy i podjazdy to dla nas żaden problem 😉

Taki duży kamień kusi…

… tak więc samowyzwalacz poszedł w ruch…

… szybko, szybko, mamy tylko 20 sekund!!

Efekty naszych zabaw z aparatem to może w przyszłości będzie można zobaczyć na blogu Gosi. Ja skupię się na dalszej jeździe, bo nieco dalej natrafiamy na drogowskazy kierujące do Wodospadu Podgórnej. 10 metrów wysokości i bardzo fajnie się prezentuje, zwłaszcza jak woda spływa po dwóch kaskadach.

Zdjęcia niestety wszystko wypłaszczają, więc ruszamy dalej. Mimo wczesnej jeszcze dla nas pory to skusiliśmy się postój przy niedźwiedzim barze. Ludzi na razie zero, pan samotny, pogoda fajna i ogólnie przyjemnie było tam posiedzieć. Mogliśmy też na spokojnie ustalić, gdzie jechać dalej i padło na drogę pod reglami, która już zaprowadzi nas do planowanej Szklarskiej Poręby.

Sam Duch Gór zaprasza na szlak.

Droga bardzo przyjemna i łatwa. Mamy szutrową nawierzchnię. Trochę pofałdowana, ale jak na góry to jest to nic. Niestety Gosia w tylnym kole łapie kapcia. Na szczęście dziura jest na tyle mała, że wystarczy dopompowywanie, a pomocy poszukamy w mieście. No bo kto lubi bawić się z tylnym kołem? Można się przecież ubrudzić 😉 . Na szczęście nie zostało nam zbyt dużo kilometrów i spokojnie docieramy do sklepu sportowego, który prowadzi także serwis rowerowy.

Tutaj zaczyna się przygoda, która pozostanie w pamięci na długo. Aż zostawiłem sobie paragon, aby mi o tym przypominał. Na wstępie powiem tak, że pan sprzedawca bardzo sympatyczny, ale nie za bardzo chciało mu się wymieniać dętkę. Zakupiliśmy nową na zapas, ale dalsza rozmowa na temat wymiany, że zapłacimy to już była czysta komedia. Na cenniku była dotycząca nas pozycja i ostatecznie się zgodził na wymianę. Nie wiem natomiast czemu ocenił Unibike’a Gosi, że to rower elektryczny. Chyba przez tę sakwę, która jest na tyle duża, że może przypominać silnik? Ostatecznie musiałem pokazać, jak skorzystać z szybkozamykacza i wytłumaczyć że to najzwyklejszy rower górki. Udaliśmy się do pobliskiego baru na lody i Radlera, a pan pozostał sam z trudnym wyzwaniem.

Pomysłowy zlew w barze. Lody niestety przeciętne.

Panu serwisantowi zabawa nie zajęła dużo czasu. Odebraliśmy rower i koło na swoim miejscu, napompowane i już samozamykacz nie był problemem. Trochę też porozmawiałem, bo Pan był zdziwiony, że rowery są nasze, a nie z wypożyczalni. Na koniec dowiedziałem się, że organizują fajne wycieczki po okolicy, głównie z myślą o najmłodszych. Czasami mam wrażenie, że ludzie patrzą na nas, jakbyśmy urwali się z choinki, a tutaj to już było to namacalne. Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Pozostajemy przy trasach oznaczonych jako ER, ale chcemy wrócić nieco inaczej. Mapa ze szlakami rowerowymi jest bardzo pomocna, nawigacja dopomaga. Droga pod Reglami okazała się najprostsza, dalej czekało nas sporo kamieni i bardzo trudnych zjazdów.

Trudny kamienisty zjazd i to właśnie tędy prowadzi szlak rowerowy.

Z daleka można się pomylić.

Trafiliśmy na bardzo trudny teren i sporą ilość turystów, a także na Pana w odblaskowej kamizelce, który siedział sobie na kamieniu. Mega spokojny człowiek, jakby coś sobie na uspokojenie zażył. Poinformował nas, że wjeżdżamy do Karkonoskiego Parku Narodowego i musimy zakupić bilety. To, że trzeba zapłacić nie jest zaskoczeniem, ale miejsce! Las, kamień i Pan z kasą fiskalną… trochę człowiekowi w głowie może się namieszać. Zapłaciliśmy łącznie 12 zł i wjechaliśmy w najgorszą część parku i jak to Gosia ładnie nazywa, tę część komercyjną.

Wodospad Szklarki.

Jak najszybciej chciałem stamtąd uciec, ale czekało nas trochę trudności w postaci zatłoczonej drogi, kamieni i schodów. O mały włos, a w parku pozostał by także gosiakowy aparat, a wtedy płaczu nie byłoby końca. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy. To jest bardzo złe miejsce… wynośmy się stąd!

Był jednak czas na wspólne zdjęcie przy wodospadzie.

Opuściliśmy park zwany narodowym i po kawałku asfaltu wracamy do lasu. Podjazdy już konkretniejsze, ale widoki i ten spokój bezcenne. Natrafiamy na drogowskaz Złoty Widok. Nie ma opcji, abyśmy się tam na górę nie wdrapali… oj i było warto, bo widoki nieziemskie.

Usiąść na kamieniach, patrzeć na horyzont i nie chce się normalnie wracać. Trzeba się jednak zmobilizować i ruszać dalej. W zasadzie kończą się już leśne przygody i w Michałowicach wyjeżdżamy na asfalt, który zaprowadza nas do Jeleniej Góry… w dół, ciągle w dół. Potem to pewnie odpracujemy z nawiązką 😉

Zamek Chojnik prezentuje się bajecznie.

Chojnik zdobyty. Dzisiaj tak na spokojnie bez roweru.

Może z daleka prezentuje się okazale, ale tak naprawdę Zamek Chojnik jest lilipuci 😉

Muszę także wspomnieć o oznaczeniach szlaków rowerowych. Przydałoby się je nieco odświeżyć, bo w wielu miejscach nie wiadomo w którym kierunku jechać. Sporo czasu traciliśmy, aby się zorientować co do kierunku. W większości przypadków pomagały nam oznaczenia z naprzeciwka, czyli jakbyśmy jechali w odwrotnym kierunku. Jakby nie mapa i nawigacja to skończyło by się na błądzeniu dookoła Jeleniej Góry. Od rana do zmroku.

Którędy teraz?

Dystans może nie jakiś porywający, ale jak spojrzy się na ilość przewyższeń no to można się już zastanowić. Gdzieś tam miałem obawy, co o świeżość nóg, ale czułem się bardzo dobrze. Karpacz zbliżał się nieubłaganie, tak samo zresztą jak wieczór i coraz wcześniejsze ciemności.

Podjazd z 14% nachyleniem i tańcząca Gosia.

Ostatnie utrudnienie w kierunku Karpacza.

Pozostało jeszcze zrobić zakupy (czytaj zjechać na dół) i wrócić do domu (czytaj jechać pod górę). Jutro wielki dzień i trzeba odpocząć. Już na powrocie nieśmiało zaczynało padać, a potem rozpadało się na dobre… oby jutro pogoda dopisała.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.