Wakacje co prawda się już pomału kończą, ale nie dla nas. Do szkoły wracać nie musimy, więc postanowiliśmy się wybrać w góry, a dokładnie do Karpacza. Jest to związane z tym, że w najbliższą sobotę odbędą się zawody Rowerem na Śnieżkę, które zaliczane są do Korony Karkonoszy. Już w styczniu postanowiłem wziąć w nich udział, a Gosia bardzo chętnie postanowiła mi towarzyszyć i zaprezentować jak wyglądają góry… zwłaszcza z punktu siedzenia na siodełku. Ze znajomymi spotkamy się już tam na miejscu, bo my wybraliśmy własną ścieżkę… drogę dotarcia w góry.

Najlepszą opcją dostania się na południe Polski jest pociąg. Problem jednak jest taki, że jedyny wyjeżdża z Poznania o 6:35. Jedzie przez Jelenią Górę, a stamtąd do Karpacza mamy z jakieś 20 kilometrów już rowerem. Wszystko niby fajnie, jednak problematyczne jest samo dostanie się właśnie do Poznania. Przeanalizowaliśmy wszystkie pociągi i zapadła decyzja, która oprócz nas to pewnie zadziwi wszystkich innych 😉

Mamy środę i po godzinie 18 wyjeżdża pociąg do Zbąszynka. Tam dojedziemy i potem czeka nas około 90 km do Poznania. Będzie jazda przez noc, ale zapowiada się ona dość ciepła, więc problemu nie będzie.

Zanim zdołałem wyjechać na dworzec dostaję telefon od Gosi, że jest już na miejscu, bo trochę przestrzeliła godziny. Może to i lepiej, bo nie będziemy musieli tak pędzić. Większość rzecz wysłaliśmy dzień wcześniej Paczkomatem, więc Gosia ma w sakwie potrzebne rzeczy, a ja musiałem swoje upchać w małym plecaku. Plus taki, że gdy wyjeżdżam na dworzec jest grubo ponad 20 stopni, ale już w nocy tak cudownie nie będzie. Tak więc większość warstw mam już na sobie 🙂

Największa bolączka to pociąg, a bardziej oficjalnie – autobus szynowy. Krótko mówiąc jest to wagonik z jednymi drzwiami na środku i mało, bardzo mało miejsca w środku. Oprócz nas jest jeszcze para innych rowerzystów i tak upychamy się w tej kolejowej konserwie. Na szczęście konduktor był bardzo wyrozumiały i nie robił nam żadnych problemów. Po prostu się przeciskał, a my przez półtora godziny staliśmy tak przy rowerach, bo okazało się, że wszyscy razem wysiądziemy właśnie w Zbąszynku.

Półtorej godziny później…

Po wysiadce z pociągu pierwszym wyzwaniem było opuścić dworzec. Chcieliśmy dostać się na Orlen, a zrobiliśmy w zasadzie kółko po dworcu. Jest dosyć spory, bo jakby nie patrzeć jest to stacja przesiadkowa. Na szczęście pokierowała nas ochrona kolei i dzięki nim przedostaliśmy się na drugą stronę torów i dotarliśmy do wymarzonej stacji paliw.

Potem już spokojna jazda w kierunku Poznania. Godziny uciekły bardzo szybko i mieliśmy też jeszcze sporo czasu do pociągu, więc zaliczony został kolejny Orlen. Szkoda, że nie można zbierać jakiś gwiazdek, pieczątek, bo mielibyśmy ich całkiem sporo 😉

Mamy też pecha, bo w przednim kole Gosia nie ma powietrza. Na razie pozostaje dopompowywanie i spokojny dojazd do dworca. Tam na spokojnie się wymieni. Ostatecznie nastąpiło to dopiero w pociągu. Ten był bardzo przestronny. Osobne wagony dla podróżnych, osobne dla rowerów. Nawet bistro i dosyć przystępne ceny. Tutaj spotykamy także Romana, który także wybiera się na zawody. Wysiada jednak jeden przystanek dalej. Umieszczamy rowery, lokujemy się na fotelach i czeka nas ponad 5 godzin jazdy. Wystarczająco na drzemkę i wymianę dętki.

Tyle stacji zalicza pociąg w drodze do Szklarskiej Poręby Górnej. My wysiedliśmy w Jeleniej Górze.

Tak… to jest Gosia… odpoczywająca. Ja akurat zająłem się wymianą dętki.

Ponad pięć godzin później…

Zachwycam się górami od kilkudziesięciu minut, a Gosia spokojnie tłumaczy, że to są pagórki. Wysiadamy w Jeleniej Górze. Jest gdzieś w granicach godziny 12. Pierwszym celem jest odnalezienie sklepu rowerowego, aby zakupić zapasową dętkę. Pierwszy do którego dotarliśmy jest niestety zamknięty z powodu urlopu, ale drugi zachęcał otwartymi drzwiami. Dętkę można kupić taniej, ale nie mamy na to czasu, więc przepłacamy tych parę złotych, ale szokiem jest dla mnie dopompowanie. Zapytałem się, czy mogę trochę bardziej dopompować koło, bo jestem po wymianie, a ręczna pompka jaka by nie była to w pewnym momencie nie chce współpracować. Usłyszałem, że wpuszczenie większej ilości powietrza kosztuje 2 zł… ja pierdziele… porażka… jak ktoś już na takim czymś żeruje… brak słów.

Opuszczamy Jelenią Górę i kierujemy się w kierunku Karpacza.

Góry witają nas ładną pogodą.

Nocleg mamy w Karpaczu Górnym. Wbijam do nawigacji adres i prowadzi ona nas tak niefortunnie bocznymi drogami z ostrymi nachyleniami. W zasadzie zrobiliśmy ładne kółko i trochę to humory zepsuło. Jednak nie gorzej jak deszcz, który niestety zaczął padać. Trochę zmokliśmy, ale udało nam się w końcu dostać do miejsca noclegu. Tam też spotykamy pozostałych znajomych, który wybrali bardziej bezpieczniejszy wariant dotarcia tutaj.

Tutaj będziemy mieszkać przez parę dni.

Niestety jedyny Paczkomat znajdował się na przy Tesco na samym dole Karpacza. Zostawiamy to co jest nam niepotrzebne i ruszamy z powrotem na dół. Deszcz już rozkręcił się na dobre, więc musieliśmy zmoknąć. Trochę posiedzieliśmy przy Tesco, aby pogoda nieco się uspokoiła. Ładujemy bagażnik Gosi, biorę swój plecak na barki, a tyłek tak mi wżyna się w siodełko, że nie idzie tego opisać. 4,5 kilometra pod górkę to nie jest aż tak dużo. Tym razem trzymamy się głównej drogi, bez zbędnych zawijasów i tak już drugi raz docieramy do miejsca noclegu i tak już zostajemy na dłużej.

Pogoda nie za bardzo pozwalała opuścić schronienie przy sklepie.

Tak minął pierwszy… a w zasadzie dwa pierwszy dni, które przeznaczyliśmy na dotarcie do Karpacza. Jutro poważniej przyjrzymy się górom z punktu widzenia rowerzysty, ale mentalnie i tak jesteśmy przy sobocie.

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.