Na żadne rowerowe zawody nie mam tak blisko, jak do Jenina, tudzież Łupowa. Dlatego też nie można było przepuścić okazji, aby nie wystartować w Zachodniej Lidze MTB, która gościła właśnie na moich terenach. Mimo, że już od kilku lat mieszkam w Gorzowie Wielkopolskim to do tych lasów ciągle pozostał sentyment. Plany Gosi także uległy zmianom i towarzyszyła mi jako najwierniejszy kibic – super – w końcu w pobliżu był ktoś bliski.

Gosiak > kibice MTB Team Gorzów

Na polanie przy leśniczówce meldujemy się długo przed czasem startu wyścigu głównego. Spotykamy znajomych, jest czas na rozmowy, ulokowanie się, odbiór pakietu startowego. Potem już tylko czekanie. Zawsze chce się wypaść jak najlepiej, więc pojawia się też przedstartowy stres 😉

Start głównego wyścigu.

Priorytetem było ulokować się na dobrej pozycji w sektorze i to się udaje. Akurat stanąłem obok znajomej twarzy… tak patrzę… a to kolega z którym mieliśmy niestety okazję miesiąc wcześniej poznawać bliżej podłoże krzeszyckich lasów. Serdecznie Cię pozdrawiam. Po chwili słychać odliczanie i w tumanach kurzu ruszamy na trasę. Najważniejsze to zacząć spokojnie, bez szaleństw, tylko spokojnie… wiadomo jak to jest z takimi obietnicami 😛

Już na samym starcie rozczarowanie, bo rozbiegówka nie wygląda tak, jak powinna. Zamiast dosyć długiego szutrowego podjazdu odbijamy na dukty leśne i jedziemy nieco inaczej. Jest ciaśniej, tempo też i szybsze. Miałem plan na pierwsze kilkaset metrów, bo lepiej czuje się na podjazdach, a tutaj cały plan bierze w łeb. Kolejny raz się przekonałem, że nie ma co planować. W tumanach kurzu to czasami jedzie się totalnie na ślepo, ale stawka szybko się rozciąga i pierwsze kilometry rozbiegowe wytwarzają się już grupki. Przed rowami nie trafiam na nikogo, kto by z nimi miał problemy, więc szybko przez nie przemykam i przed pierwszym konkretniejszym podjazdem to już jesteśmy w sześcioosobowej grupce, a za plecami cisza. Pozostali zostali nieco dalej. Przejeżdżając ponownie przez linię startu wypatruję Gosi, ale ona gdzieś się schowała. Szukałem jej bliżej bramy startowej, a ona ulokowała się nieco dalej i moje całe pedałowanie dokumentowała na zdjęciach.

Na zjazdach ludzie mi uciekają, a dokręcam na maksa i już mi biegów brakuje, a na podjazdach to się czuję, jakby przede mną wszyscy się nagle zatrzymali. Szkoda, że te najlepsze podjazdy były nieco wąskie z wydeptaną drogą. Trzeba było jechać tempem zawodników przed sobą, albo po prostu próbować po korzeniach wyprzedzać i tracić więcej sił. Mój odjazd zaczął się za Bogdańcem, który minęliśmy przy muzycznych klimatach (trwało Święto Chleba przy młynie). Tam mięliśmy dłuższy odcinek pod górkę, a akurat wyszedłem na czoło to postanowiłem nieco przycisnąć. Tak się skończyła moja jazda w grupce i w dalszej części wyścigu spotykałem już pojedyncze osoby, które chyba zaczęły ściganie zdecydowanie za mocno, za bardzo wierząc w swoje umiejętności lub nie doceniając tutejszych pagórków.

Na tej trasie nie da się nudzić. Był też jeden bufet i woda bardziej posłużyła po to, aby ją wylać na siebie niż się z niej napić. W sumie miałem dwa bidony, ale nawet jeden nie został wykorzystany do połowy. Nie było potrzeby, nie było też na to odpowiedniego miejsca. Koncentracja przede wszystkim, bo piasków sporo, a mijałem jednego zawodnika, który tak poszedł na zjeździe do przodu, że gdy za ślepym zakrętem go dogoniłem to akurat wsiadał na rower, a plecy miał całe w piachu.

Na parę kilometrów przed metą organizatorzy zafundowali ostatni stromy podjazd. Tam już było więcej miejsca, więc udało mi się wyprzedzić sześć osób. Postawiłem wszystko na jedną kartę, bo potem czekał już na zjazd. Stawka w sumie się już ułożyła, bo zawodnicy przede mną byli za daleko, a za sobą też zbytnio nie miałem nikogo. Tak więc pozostał tylko sprint do mety.

Jechało mi się bardzo dobrze i wystarczyło to na 29 miejsce w klasyfikacji open i znowu 4 w swojej kategorii wiekowej. Wystartowało ponad 150 osób w tym sporo osób ze ścisłego grona. Tak więc wynik bardzo cieszy, jakby nie patrzeć to jest moje aktualne miejsce w całym tym ściganiu MTB 😉

Na mecie wita mnie Gosia i dopiero ona mi uświadomiła, że piach to miałem nawet na zębach 🙂 Ja tylko myślałem o tym, aby gdzieś się ulokować i trochę odsapnąć, a niezawodna Gosia robiła za katering. Tym razem totalna nowość, bo DZdieta przygotowała rarytasy w postaci rzeczy, które moje podniebienie nie zna, między innymi było sushi.

Można było się też umyć, bo strażacy zafundowali prysznice, ale mi wystarczyło skorzystanie z pompowanej umywalki, aby pozbyć się tego całego kurzu przywiezionego z lasu.

Trochę ostrawa zupka… na zdjęciu jeszcze z pożywną zawartością.

Zasłużony odpoczynek po ściganiu.

Pamiątkowy medal odebrałem, tombola nie była dla mnie szczęśliwa, ale kilka znajomych twarzy coś tam wylosowało. Mimo trudności trasy to zawody skończyły się szybciej niż np. te w Krzeszycach.

Czekanie na koniec można spożytkować w inny sposób 😉

Rywalizację zostawmy już w spokoju i gdy już było po dekoracji i losowaniu nagród to wybraliśmy się do Bogdańca, aby chociaż na chwilę zajrzeć na Święto Chleba. Zimny Radler był jak zbawienie do tego porcje lodów i dalszy powrót do domu… na okrętkę oczywiście 🙂

Przerwa na coś zimnego.

W drodze do domu. Rower odpoczywa. To nie tak, że przewrócił się ze zmęczenia.

Bardzo fajnie spożytkowany dzień, ale zmęczenie dało się czuć, oj dało.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.