Upał upałem i niektórzy mogą na wysokie temperatury trochę narzekać, ale nie ja. Bardziej chyba wolę taki gorąc niż gdy jest za oknem na minusie. Udało się wyskrobać wolny dzień i w końcu spędzić go w większości z Gosią, która wróciła z wakacji.

Postanowiliśmy odwiedzić Park Narodowy „Ujście Warty”. Jednak nie jego bardziej ptasią wersję w Przyborowie za Słońskiem, ale ten suchszy klimat w Polderze Północnym. Już parę ładnych lat minęło, kiedy tam byłem ostatni raz.

Najpierw jednak odwiedziliśmy Mościce, bo w mediach o tej miejscowości głośno. Przy drodze stanęła kostucha, która ma palcem… znaczy kosą… ostrzegać kierowców przed przekraczeniem prędkości.

Do parku wjechaliśmy od strony Kamienia Małego. Wszystkie zwierzaki, które zamieszkują te ziemie to chyba raczej nie były chętne, aby wyłazić na te słońce. Piach, trochę zieleni, cienia, jak na lekarstwo i dwoje rowerzystów. No jeszcze jeden spotkany Pan w jeepie, który przyjechał posprawdzać to i owo.

Trasa „Olszynka”, która prowadzi ponad kilometr po drewnianym podeście.

W tej temperaturze to śliskość raczej nie grozi.

Nieco przed skwarem z nieba można było schować się w czatowni. Potem skierowaliśmy się w kierunku wału, bo po rozmowie z napotkanym jedynym człowiekiem w parku (oprócz nas) dowiedziałem się, że jeden most jest zawalony i w zasadzie najlepszą opcją był właśnie wał.

Część szlaków znam, ale przy wale napotkaliśmy na Bobrową Drogę. Także pomost, który ciągnie się ponad kilometr i wyglądał bardzo ciekawie. Jednak odłożyliśmy to na inny czas. Nie wiem, czy to jest nowa rzecz, czy nigdy przeze mnie niezauważona, ale na pewno kiedyś moje nogi na tych deskach staną. Na razie tylko króciutki rekonesans.

Rekonesans Bobrowej Drogi.

W okolicach Dąbroszyna zjechaliśmy już z wału. Godziny uciekały i zabrakłoby nam czasu gdybyśmy chcieli wracać przez Kostrzyn. Stąd też wybraliśmy nieco krótszy wariant.

Roślina nazwana przez Gosię „dziady”, dla mnie to po prostu jakaś roślina.

Będąc w Dąbroszynie nie można ominąć sklepu… nie no żartuję… sklep dobra rzecz, aby wyposażyć się w coś zimnego, ale jeżeli chodzi o oglądania to lepiej prezentuje się Świątynia Cecylii. Tam zaliczyliśmy dłuższą przerwę na przemacanie budowli, która nie tak dawno została odświeżona.

Powrót do Witnicy bez kombinacji, ścieżką rowerową. W samej Witnicy powstało rondo, które nazwane zostało imieniem pułkownika Czesława Chmielewskiego. Jest to taki zakątek, który ma upamiętnić założyciela Prywatnego Muzeum Chwały Oręża Polskiego. Zmarł niestety trzy lata temu, ale muzeum cały czas funkcjonuje. Przy rondzie znajduje się armata, jest kamień upamiętniający oraz mural. Bardzo fajnie to wygląda i nawiązuje do atrakcyjnego miejsca w Witnicy.

Udostępnij:

Komentarze

  1. Nawet nie wiedziałam, że taka ilość zdjęć zrobiłeś. Kiedy? skoro ja tego nie widziałam? Cienia w tym czasie szukałam? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.