Zrodził się pomysł wspólnej jazdy z Leszkiem. Najpierw mieliśmy zawitać na jego włościach, ale tak wszystko się pozmieniało, że to on wylądował w Zwierzynie. Tam ustalone zostało miejsce spotkania i z Gosią dotarliśmy tam spokojnie na kołach, a Leszek skorzystał z kolei.

Najważniejsze było ustawić się tak, aby wiatr pomagał, bo te 30 km w stronę Zwierzyna… no trochę trzeba było się napracować. Potem było o wiele łatwiej. Odwiedziliśmy Goszczanowo i miejsce niedaleko jeziora, gdzie kiedyś znajdował się dwór. Bardzo dawno tam nie byłem i powstały nowe wiaty, tablice informacyjne, a nawet specjalny szlak rowerowy, który zaprowadzi tam osoby głodne zobaczenia tego miejsca.

W ogóle część drogi pożarowej zmierzającej w kierunku Jezierc jest w remoncie. Powstaje fajna, szutrowa nawierzchnia i stąd też musieliśmy nieco zmodyfikować plany i skorzystać z żółtego szlaku, który zaprowadził nas do Korbielewka. Nie dane będzie zobaczyć leśniczówki. Dalej w kierunku Skwierzyny

W Nowym Dworze pojawia się trochę kilometrów kostki brukowej, ale jadąc szlakiem rowerowym można go w łatwy sposób ominąć. Nam się to udało tak dobrze, że wylądowaliśmy na wale 😀 W ogóle nie wiedziałem, że z tej strony istnieje wał.

Takie widoki można spotkać, gdy zboczymy z asfaltu:

Wałem w promieniach słońca, a na liczniku 30 stopni Celsjusza.

W Skwierzynie dłuższy postój, bo trzeba przeanalizować mapy, co jeszcze można pokazać no i czas. No bo nasz kolega ma sporo kilometrów do domu.

Przerwa na jedzonko… mniam.

Korzystając, że byliśmy w okolicy, to udaliśmy się na Cmentarz Żydowski. Jest świetnie zachowany, a nie tak dawno pojawiły się nowe tablice. Prawdę mówiąc to nigdy nie przyglądałem się mu z bliska. Chyba czas najwyższy to nieco nadrobić.

Kolejny przystankiem był Stary Dworek i tamtejszy most obrotowy. Kolejna warta zobaczenia ciekawostka. W zasadzie nieco dalej można także natknąć się na bunkry i to także miał okazję z bliska podziwiać Leszek. Rzeka Obra, klimat militarny z przepiękną przyrodą. Myślę, że zawiedziony nie był.

Akurat na Obrze trwał spływ.

Prawie już na koniec naszego wspólnego rowerowania trochę MRU, czyli Grupa Warowna „Ludendroff”. Taka miała namiastka.

Czas uciekł bardzo szybko i trzeba było wracać. Leszek nie wystraszył się wiatru u postanowił do Krzyża wracać na kołach. Ponad 60 kilometrów i ponad 3 godziny do ostatniego pociągu. Zero presji.

Przed ratuszem w Skwierzynie.

Żeby było szybciej to postanowiliśmy skorzystać ze „skrótu”… trochę nietrafiony pomysł.

Leszek popędził w swoim kierunki, a my przez Murzynowo na spokojnie wróciliśmy do domu.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.