Wycieczka planowana od bardzo dawna, ale jakoś nie było, kiedy się wcisnąć. Z rana pogoda nie była rewelacyjna, ale zgodnie postanowiliśmy się nie wycofywać. Ponuro, mglisto, a ja dorzucam sobie dodatkowe kilometry. Jadąc w kierunku Gorzowa stwierdzam, że coś mi zimno w głowę. Macam się i… nie mam kasku. Telefon do Gosiaka, aby się nie spieszył, a ja z powrotem do domu. Żeby było śmieszniej, to i ona przyjeżdża z kaskiem w sakwie. Najlepiej się nabijać z Adrianka!

Pierwszy postój w Santoku, gdzie bawimy się z psem. Lubimy czworonogi, a ten był nad wyraz przyjazny. Gdy wyciągałem telefon to zaglądał mi do kieszeni. Poszukiwał jedzenia i je otrzymał.


– Masz coś do jedzenia?


Ja nie, ale Gosiak – zawsze!

Dzisiaj postanowiliśmy skorzystać ze szlaków rowerowych, więc wpadamy w Puszczę Notecką. Najpierw drogą przeciwpożarową, a potem czarny zaprowadza nas na rewelacyjną drogę, przez który prowadzi niebieski szlak rowerowy. Co jakiś czas miejsca postojowe, wiaty, tablice informacyjne, a na Krobielewko prowadzi nawet asfalt. Nigdy nie zapuszczałem się w te rejony i nie ma co się zdziwić, że trochę się zachwycałem.


Co jakiś czas na trasie natrafialiśmy na takie tablice informacyjne.


Przez puszczę.


Kolejna wiata na naszej drodze.


No i zaczyna się asfaltowa podróż. Rewelacja.


Gdy ja się zachwycałem nowymi terenami, Gosia mnie poganiała.

Po jakimś czasie asfaltowej podróży lądujemy we wsi Korbielewko. Tam kończy się niebieski szlak rowerowy. Jednak przez miejscowość przechodzą dwa inne. Zachwyciłem się przystankiem autobusowym, który został przepięknie pomalowany (w motywy z kreskówek). Musiałem go obejrzeć z bliska, a Gosia znalazła sobie inne zajęcie.


Przystanek autobusowy i motyw Kapitana Bomby.


Kociak (z lewej, jakby ktoś nie wiedział).


Krótka sesja zdjęciowa i można jechać dalej.

Droga dalej nas prowadzi do Międzychodu. Tam mieliśmy ścisły plan, ale na miejscu został on nieco zmieniony. Celem pierwszym był park
Przystań nad Wartą. To tam odbywały się Dni Międzychodu. Impreza dopiero się rozkręcała, ale nic nie zapowiadała wielkiego szału. Postanowiliśmy zapuścić się w starą część miasta. Pierwszym celem był pomnik osiołka, z którym wiąże się ciekawa historia.


Fotografka uwiecznia osiołka, nawet dwa osiołki.


Osiołek w pełnej krasie.


I jeszcze jedno ujęcie.

Z tablicy informacyjnej można przeczytać całą historię. Pokrótce chodzi o to, że za dawnych lat przez rynek w Międzychodzie codziennie przechodziły dwa osiołki, które wiozły kanki z mlekiem z pobliskiej mleczarni. Ścinały sobie tędy drogę, a ludzie mieli małą atrakcję. W 2012 roku postawiono właśnie ten pomnik, aby upamiętnić zwierzaki.

Nieopodal znajduje się punkt informacyjny, ale w wersji elektronicznej. Można tam znaleźć stosowne informacje o Międzychodzie i pobliskim miejscowościach, ale nie zostało tam umieszczone coś, o czym bym nie wiedział. Tak więc sobie trochę poklikałem i opuszczamy rynek na rzecz popularnej pompy ze zdrową wodą.


Fontanna przedstawiająca rybaka oraz gruszę będącą herbem miasta.

Laufpompa, symbol miasta. Tam musieliśmy dłuższą chwilę poczekać, bo akurat jakaś rodzina zapełniała bagażnik swojego samochodu 5-litrowymi baniakami wody. Potem już nasza kolej, aby pobawić się pompą. Zapach rzeczywiście nie zachwyca. Zdecydowałem się na spróbowanie i w smaku jakaś wybitna też nie jest. Z tablicy informacyjnej wynika, że studnia zawiera zdrową wodę.


Laufpompa.


Skosztowałem i toaletę odwiedzam jak dotychczas, niezbyt często.


Tablica informacyjna przy źródełku.

Ta część miasta jest bardzo piękna. Wąskie uliczki, dużo jednokierunkowych ulic, pamiątkowe kamienice. Cały układ urbanistyczny jest fantastyczny. Z racji pochmurnego nieba, to trochę na zdjęciach nie wyszło to ciekawe, ale pewnie w przyszłości będzie szansa zaprezentować w bardziej optymistyczny sposób.

Postanowiliśmy wrócić na miejsce imprezy i tam nieco posiedzieć, zobaczyć co się będzie działo. Na tak duże miasto to Dni Międzychodu bardzo kameralne. Pochodziliśmy po stoiskach, wzięliśmy także udział w zabawie kręcenia kołem.


Ktoś tu chciałby powrócić do dzieciństwa?


– Byle nie zonk, byle nie zonk.

Oczywiście, że oboje trafiliśmy w zonka, ale na pocieszenie otrzymałem mały gadżet w postaci noża do masła, który został mi brutalnie odebrany ;p Nie sądziłem jednak, że tak szybko może się przydać.

Nie ma sensu dłużej siedzieć, jak w zasadzie nic ciekawego się nie dzieje. Powrót tą samą drogą i w Wiejcach przy pałacu pojawiła się myśl, czy aby tam nie pójść pozwiedzać, zważywszy, że Gosia nigdy tam nie była. Tak się wahaliśmy, aż wyszedł pan i powiedział, że spokojnie można tak iść zwiedzać. Wie, bo tam akurat pracuje. No to w drogę.

W niedzielny wieczór właśnie na Dniach Międzychodu gwiazdą muzyczną miał być Don Wasyl. Po drodze mijał nas samochód z cygańską ekipą, która właśnie zatrzymała się w Pałacu Wiejce.


Cygański klimat – Don Wasyl w Wiejcach.

Pierwszy raz byłem we wnętrzu pałacu. Bardzo tam ładnie. Zapuściłem się nawet do piwnicy, gdzie znajduje się Sala Rycerska. Zdjęcia wyszły słabe, bo dosyć tam ciemno. Gosia zaprezentuje pewnie walory tego miejsce w lepszej jakości. Potem wybraliśmy się na rowerową rundę po parku.


Widok na Pałac Wiejce nieco z boku.


Zbroja w Sali Rycerskiej.


Pawie. Nieco były wystraszone.


Aż chce się spacerować.


Pole do mini golfa, a w tle Rządcówka.


Niegolfowe harce na polu.


Stajnia.


Jak stajnia, to muszą być koniki.

Na powrocie niemal cały czas mieliśmy słońce. Chmury się rozeszły, zrobiło się jeszcze cieplej i tylko smutno było, że akurat, jak tak fajnie się robi, trzeba wracać.

Nie mogliśmy zdecydować się na jakiś wariant powroty. Ostatecznie zapadła decyzja, że jedziemy niebieskim szlakiem rowerowym do samego końca. Wyprowadził on nas w okolice Murzynowa, a potem już asfaltem do Gorzowa Wielkopolskiego. Bez przystanków, no bo tak się zasiedzieliśmy w Wiejcach, że nie było już szans gdzieś poważniej przycupnąć.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.