W życiu nie sądziłem, że coś takiego mnie spotka. Dobrze mieć przy sobie Gosię, która ma na mnie fenomenalny wpływ. Jej marzeniem była pielgrzymka rowerowa, ale jakoś nigdy tego celu nie mogła zrealizować. Z moją religijnością jest bardzo słabo i miałem pewne opory, ale ostatecznie zdecydowałem się na taką przygodę. Stąd też było tak strasznie cicho na blogu.

Zacznijmy więc. Postanowiliśmy dołączyć do pielgrzymki rowerowej, która wyruszała z Rzepina na Jasną Górę. Z racji statusu wyprawy rodzinnej dystans został rozłożony na siedem dni. Nam to pasowało, bo uwielbiamy zwiedzać, ekscytować się jadzą i pięknem przyrody, a nie oglądać tyłki osób, które jadą przed nami.

Problemem był start, bo trzeba było zameldować się o godzinie 8. Z noclegiem był mały problem, więc oboje stwierdziliśmy, że dojedziemy tam rowerami, nawet jakbyśmy mieli wyjechać w środku nocy. Tak się i stało. Spotkanie wyznaczone po godzinie 2 w nocy, storpedowane niestety przez burzę.


Godzina rozpoczęcia naszej pielgrzymki.

Spotkaliśmy się oczywiście w Gorzowie. Zaczęło padać, nad głowami błyskało, więc najrozsądniej było uciec na dworzec kolejowy. Tam przesiedzieliśmy ponad dwie godziny. Czas uciekał, my sprawdziliśmy rozkład jazdy pociągów i już niemal pewne było, że w taki sposób dotrzemy do Rzepina. Pojawił się także moment zwątpienia, czy warto tam jechać. Na szczęście przestało lać, spojrzeliśmy na siebie i to wystarczyło, aby podjąć próbę. Godzina 4:45, a my wyjeżdżamy z dworca.

Trochę mokro, ulica Kostrzyńska całkowicie zalana. Miejscami musieliśmy jakoś przebijać się poboczem. Jazda szła jednak dość sprawnie. Z uśmiechami połykaliśmy kolejne kilometry i zastanawialiśmy się, jak może wyglądać taka pielgrzymka. Totalny spokój (przynajmniej u mnie), bo wiedziałem że ponad 3 godziny spokojnie wystarczą, aby dotrzeć do Rzepina.

Ryzykiem było to, czy znowu nie natkniemy się na na jakąś ulewę, burzę. Za Krzeszycami droga prowadzi przez lasy, a tam na próżno szukać jakiegoś konkretnego schronienia. Na szczęście dopiero gdzieś kilka kilometrów przed Rzepinem zaczęło nieco mocniej padać, ale to spokojnie przeczekaliśmy pod drzewami. Mieliśmy przecież nadwyżkę czasu.
Najważniejsze, że temperatura było ponad 20 stopniowa.


Rzepin wita.

W sakwach mieliśmy rzeczy, które mogą przydać się podczas jazdy. Reszta pojechała samochodem, dzięki uprzejmości męża Gosi. Minął nas nawet na trasie i spotkaliśmy się z nim pod kościołem. Około pół godziny przed rozpoczęciem mszy świętej. Tak sprawnie poszła nam jazda. Przywitaliśmy się z organizatorami, którzy już na nas czekali. Bardzo fajnie zostaliśmy przyjęci. Załadowaliśmy bagaże, otrzymaliśmy plakietki, program i udaliśmy się na nabożeństwo.


Przed kościołem. Rowery czekają na rozruch.

Oboje baliśmy się zmęczenia. Przed nami sporo kilometrów, a żadne z nas nie przespało przed wyjazdem chociażby godziny. Momentami trzeba było po prostu zachować nieco większą koncentrację.
Trudno to jednak zrobić podczas (nie ukrywajmy tego) monotonnej mszy. Z jednej strony człowiek chciał, z drugiej było bardzo ciężko utrzymać głowę w odpowiedniej pozycji.

Po mszy świętej podzieleni zostaliśmy na grupy. Śmialiśmy się już od samego początku, bo okazało się, że Gosiaka nawet nie ma na liście. Dopisana została długopisem i oboje zameldowaliśmy się w grupie trzeciej. Zasad oczywiście nie znamy i już na starcie chcieliśmy ją wyprzedzić. Jeszcze większy śmiech był, kiedy zostałem oddelegowany do roli zamykającego. No pięknie, skąd ja to znam?

Pierwszy postój zaliczyliśmy w Gądkowie Wielkim, w sali wiejskiej. Ciasta multum, można było nieco uzupełnić pogubione po drodze kalorie. W międzyczasie pomogłem księdzu proboszczowi naklejać na rowery naklejki z wizerunkiem św. Jana Pawła II, który miał pomóc prowadzić nas na Jasną Górę.
Chcąc, czy nie chcąc bardzo szybko staliśmy się rozpoznawalni.


Prowadzący całą pielgrzymkę i zapasowy rower na dachu.


Parking rowerowy.

Pierwszego dnia czekała nas jedyna jazda po szutrowej drodze przez las. Gosiak uciekł do przodu, a ja musiałem asekurować panią, które odpadło mocowanie z koszyka. Jakoś nie za bardzo ktoś chciał pomóc, dopiero na postoju. Mnie bardziej martwiło, czy ułamane mocowanie nie rozwali szprych, bo solidnie po nich tłukło. Na szczęście udało się to jakoś wygiąć i bezpiecznie dotrzeć na postój.

W międzyczasie dużo porozmawiałem sobie z diakonem Wojtkiem. Ciekawy człowiek z dwoma twarzami, osobowościami. Był pod wrażeniem tego, że dotarliśmy tutaj na kołach z Gorzowa, co musiał powtórzyć podczas wieczornej mszy.
Wypytał się także o rowery, bo Unibike i Giant okazały się jedynym sprzętem na 29-calowych kołach.


Pielgrzymkowy Giant.


Postój. Oznacza to jedno, Gosiak rusza do akcji z aparatem.

Pielgrzymka zalicza się do tych rodzinnych, więc postoi było dość sporo. Czy to dobrze, czy to źle? Kwestia indywidualna. Mnie bardziej martwiło brak informacji, ile czasu mamy na odpoczynek. Po takiej sielance pojawiał się gwizdek i 10 sekund później pierwsza grupa ruszała w drogę. Nie dziwi zatem fakt, że wyruszaliśmy ostatni, goniąc swoją grupę i zbierając bęcki od kierownika.
Nie chodziło u nas o zmęczenie, bo przygotowani byliśmy do takiego wysiłku, odporni także na upały. Nas gubi ciekawość, bo wszędzie włazimy, potem się przygotować do jazdy i jakoś to wszystko kończy się poza wyznaczonymi ramami czasowymi.


Krótki odpoczynek.

Po drodze zatrzymywaliśmy się w różnych miejscach, odmawiając 10 różańca świętego, czy koronkę. Były też msze. Dużo tych modlitw, czym byłem nieco zaskoczony.
Ludzie do nas machali, pozdrawiali, witali z otwartymi rękoma. Atmosfera genialna i mimo wcześniejszego stresu, czuliśmy się bardzo fajnie.


Jak to Robaczek. Wszędzie wlezie.


Śpiewać każdy może. Niektórym nie przeszkadza muzyka i tonacja. Ba, nawet słowa.


Pielgrzymka jedzie dalej.

Nocleg mieliśmy w Sulechowie, w szkole. Wcześniej jednak msza święta i apel jasnogórski.
Ja zachowywałem się jak prawdziwy pielgrzym, bo po dworze biegałem na bosaka. Chcieliśmy trochę zwiedzić miasto, ale powiedziano nam, że nic takiego tam nie ma. Mam nieco inne odczucia. Tak, czy siak, skończyło się na tym, że bardzo szybko wylądowaliśmy na sali gimnastycznej. Mimo zmęczenia nieco trudno było zasnąć.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.