Mimo, że bardzo ciężko było zasnąć na sali gimnastycznej w akompaniamencie chrapanie, na karimacie, gdzie połowa ciała i tak znajdowała się na zimnej podłodze, to rano obudziłem się wypoczęty. Cieszę się, że Gosia też ma tyle cierpliwości i jakoś znosi moje wiercenie i nocne odgłosy. W prawdzie jej mina mówi co innego, ale jeszcze mi się za to nie dostało (fizycznie oczywiście), bo słownie to już inna bajka.

Każda grupa ma jakieś zadania do wykonania i dzisiaj my odpowiadaliśmy za przygotowanie śniadania. Płeć piękna zajmowała się przygotowaniem jedzenia, a my wystrojem. Potem czekała nas msza święta, śniadanko i można było ruszać w dalszą drogę. Gosia jest tak kochana, że przygotowała mi nawet kanapki na drogę. Jakby było tego mało, robiła to codziennie. Nie mogę się nadziwić, czym sobie na to zasłużyłem? Z wczorajszego dnia zostało też sporo ciasta, więc worki poszły ruch i w zasadzie jedna sakwa była
jedzeniowa.


Sprzęt gotowy do drogi.

W porównaniu z wczorajszym dystansem, dzisiaj czekał nas o połowę mniejszy kilometraż. Po upałach dzisiaj nieco chłodniej. Z rano nieco pokropiło, zapowiadało się nawet na mocniejsze opady. Stąd też dużo osób zdecydowało się nieco zabezpieczyć. Ważne, że nie było strasznie zimno i spokojnie można było jechać w letnim wdzianku. Po południu miało być znacznie, znacznie cieplej.


Warto zabezpieczyć się przed deszczem.

Zostałem oddelegowany już od pełnienia roli zamykającego, więc w pełni mogłem się skupić na naszej pielgrzymce. Nasza grupa była tak zgrana, że każdy miał swoje miejsce w szeregu. My znajdowaliśmy się w końcowej części peletonu. Chyba w jej najzabawniejszej części.

Pierwszy poważniejszy postój przy kościele w Swarzynicach. Do środka nie wchodziliśmy, bo modlitwy odprawiane były w kręgu na dworze. Wtedy też nieco się rozpadało i każdy gdzieś szukał swojego schronienia.


Postój.


Kościół w Swarzynicach.


Taka kapliczka, która zapewniła schronienie przed deszczem.


Jeden z pomników.

Przy kościele wiele krzyży, pomników, kaplic, ołtarzy. Było co oglądać. Mnie bardziej zaciekawiły dwa psiaki. Przezabawne stworzenia, które robiły podkop, aby wydostać się z posesji. Trochę czasu na zabawie z nimi spędziłem. Robiły podkop, a ja głupi myślałem, że one chcą kawałek patyka, który znajdował się poza siatką. Ech… ten niedomyślny człowiek.


– No cześć.

Trzeba było ruszać dalej. Kolejnym celem było Sanktuarium Matki Bożej Ucieczki Grzeszników w Wieleniu Zaobrzańskim.
Tam czekała nas msza święta i dłuższa przerwa na odpoczynek, zadumę.
Po drodze nasza trasa krzyżuje się z inną pielgrzymką, tą ze Słońska, która zmierzała do Lichenia. Trochę porozmawialiśmy i każdy pojechał w swoją stronę.


Czy ubranie rowerowe można nazwać stosownym?


Witamy w sanktuarium.

Bardzo ładne miejsce. Szkoda tylko, że kościół był zamknięty i tylko można było popatrzeć na jego wnętrze przez kraty.


Jezus Chrystus i dwunastu apostołów. Na zdjęciu zmieściło się ich kilku.


Jedna z rzeźb.


Kolejny pomnik. Wszystkie bardzo ładne.


Z tego co mówili inni, kapliczka ta powstała całkiem niedawno.


Historia klasztoru.

Msza święta w plenerze, bo zrobiło się bardzo, bardzo ciepło. Mało co, a odmawialibyśmy koronkę, której nawet nie znamy. Na szczęście pomajtanie głową wystarczyło, aby nie wziąć mikrofonu do ręki. Swoją drogą to i tak ten wylądował u mnie, bo robiłem za statyw. Karolina, która organizowała cały śpiew na tej pielgrzymce ma do tego niesamowity dar, a jej zaangażowanie powinno być wzorem dla innych. Jej głos musiało usłyszeć więcej osób i z tego samego założenia wyszedł diakon Wojtek, a że ja siedziałem najbliżej, to tak wszystko się zgrało. Pewnie na zdjęciach będzie możliwość zobaczenia całej tej artystycznej oprawy.

Potem dostaliśmy trzy godziny wolnego. Bardzo dużo i zarazem nie tak dużo. Odwiedziliśmy pobliski bar z niemiłą obsługą, bardzo niemiła obsługą i potem ośrodek agroturystyczny z ładnym jeziorkiem.


Każdy po swojemu spędzał czas wolny.


Przystań jachtowa na Jeziorze Wieleńskim.


Wszędzie te zakazy.


Ciągle ta sama przystań.

Gdy niektórzy się opalali (ja muszę nieco unikać już słońca) mi udało się trochę zdrzemnąć. Potem już ostatnia faza dzisiejszego dnia, czyli Sława. Tam przewidziany został nocleg. Miejscowość została zareklamowana bardzo dobrze, więc cieszyliśmy się na samą myśl, że trochę czasu tam spędzimy.
Tam też czekał na nas obiad w postaci skromnej zupy.

Oczywiście szkoła i tym razem wybraliśmy sobie miejsce na korytarzu na piętrze, ale zostaliśmy stamtąd pogonieni, bo niby alarm. Ulokowaliśmy się między rowerkami, w ustronnym, ale co najważniejsze, chłodnym miejscu. Na kolację były przepyszne pierogi. Tak dobre, że Gosia z wyrzutami sumienia się nawet na nie skusiła. Na boisku
wieczorne spotkanie, że dzieciaki
zza siatki nawet dołączyły i świetnie się z nami bawiły.

Cisza nocna o godzinie 22, ale spokojnie można wyjść na miasto. Jest kilka miejsc do zwiedzania, więc żadne z nas nie chciało tych paru godzin spędzić w szkole. Głównym celem było rozreklamowane jezioro, ale gdzie ono jest? Pewna pani powiedziała, że każda droga prowadzi w jego kierunku, więc nie mamy się czym martwić. My wybraliśmy wariant przez Park Miejski.


Fontanna na rynku.


Aleja Gwiazd Bluesa.


W Sławie jest co zwiedzać, ale na to potrzeba nieco więcej czasu.

Nasz wieczorny wypad odbył się w ciemności, więc mój aparacik nie za wiele mógł zdziałać. Najwięcej czasu spędziliśmy nad jeziorem, gdzie odwiedziła nas także para łabędzi. Znaleźliśmy także źródełko miłości. Napiłem się nieświadomie i teraz nie wiem co mnie czeka. Wszystkie te nocne harce będzie można zapewne zobaczyć u Gosiaka. Ona to wszytko dokumentowała.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.