Ciężko było pożegnać się ze Sławą, bo jeszcze tyle miejsc było do zobaczenia. Trzeba jednak jechać dalej. Najważniejsze, że pogoda cały czas dopisywała i dzisiaj czekała nas kolejna fala upałów. Może niektórym to dokuczało, ale nasz duet na samą myśl o żarze z nieba się cieszył.

W pielgrzymce pomagała nam także policja, która bezpiecznie przeprowadziła nas przez Głogów. W zasadzie jego skrajną częścią, aby nasz pielgrzymkowy peleton nie sparaliżował miasta. Potem pożegnanie i już spokojnie zmierzaliśmy dalej.

Jazda szła bardzo sprawnie i poza mniejszymi postojami w miejscach bez wyrazu, poważniejszy zaliczyliśmy na plebanii księdza w Grębocicach. Nie był zbytnio zadowolony z naszej wizyty i każdy jak najszybciej chciał stamtąd uciekać. Zważywszy na to, że kolejnym punktem był Grodowiec. Dużo o tym mówiono, zapowiadano spory podjazd, a ja na samą myśl się cieszyłem. Jak niemiłego księdza szybko przywitaliśmy, tam szybko go pożegnaliśmy. Z jakieś 5 kilometrów dalej zaczęła się cała zabawa.

W Grodowcu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Jutrzenki Nadziei, które powstało pod koniec XII wieku. Żeby tam się dostać trzeba pokonać spore wzniesienie. Peleton bardzo szybko się rozwalił i mocniejsi zaczęli gnać do przodu. Mnie zdenerwowała młodzież, która przemykała bokiem ciesząc się jak głupia. Tak być nie może i gdy tylko pojawiła się zgoda, że można oderwać się od grupy, ja także z zaproszenia skorzystałem. Nie mogło być inaczej, aby Gosiak nie ruszył za mną. Harcownicy nieco uciekli i trzeba było mocniej naciskać na pedały. Giant ma bardzo duży potencjał i spokojnie te 40 km/h można było na prostej osiągnąć. Gdy tylko zaczął się podjazd, to co by się nie działo, obiecałem sobie, że 30 km/h nie zejdzie z licznika. Tak połykałem kolejne osoby, a na samym szycie przywitany zostałem oklaskami kierownictwa. Robaczek zameldował się w sanktuarium jako pierwszy i to nie ledwo dyszący. Dopiero chwilę później dojechała kolejna grupa z zadowoloną Gosią. Mi obiecano nagrodę – cukierka 🙂


Dla takich widoków warto było się wdrapywać.


Tam gdzieś na dole można było się pobawić i udowodnić swoją siłę.

Sanktuarium składa się z kilku budowli, my mieliśmy możliwość zobaczenia tylko części. Bardzo dobrze, że otwarty został kościół i można było obejrzeć jego wnętrze. Tam także odbyła się msza święta. Potem czekał nas obiad w postaci grilla i trochę czasu wolnego.

Zdjęć nie mam za dużo, bo też nie było chęci, aby je robić. Może nie powinienem o tym pisać, ale doszło do małego załamania i cieszę się, że wszystko zostało wyjaśnione. Pokazaliśmy swoją siłę i do Grodowca będziemy musieli wrócić, aby to wszystko odczarować. Na razie pozostał wielki niedosyt.


Kościół parafialny pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, który powstał w latach 1591-1602. W późniejszych latach był przebudowywany.

Po chwili odpoczynku można było ruszać dalej. Ścinawa była naszym końcowym celem. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze krótki postój, który nieco się wydłużył. Zabrakło wody i musieliśmy poczekać nieco na dostawę. Nocleg w mieście oczywiście w szkole, ale tym razem udało nam się zaklepać fantastyczne lokum. Taka miejscówka, że sam do niej trafić nie mogłem i przypadkowe osoby lepiej wiedziały, gdzie będę spać, niż ja sam.

Zimny prysznic każdemu zrobił dobrze i potem można było wyruszyć na miasto, aby zobaczyć kilka miejsc. Ładna miejscowość z układ urbanistycznym z 1215 roku. Oczywiście na miejsce noclegu dojeżdżamy wieczorem i mało jest czasu, aby nieco pozwiedzać. Zważywszy, że czeka nas jeszcze msza w kościele parafialnym pw. Podwyższenia Krzyża. Najcenniejszy zabytek miasta, który pochodzi z 1209 roku.


Czołg T-34, który upamiętnia krwawe boje i wyzwolenie Ścinawy w styczniu 1945 roku.

Gosia niemal nie rozstaje się z aparatem, więc bogatszą fotorelację będzie można obejrzeć u nas. Ja jestem od opisów, ona od zdjęć. Tak się uzupełniamy 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.