Tak się złożyło, że mieliśmy cała niedzielę, aby spokojnie dotrzeć do domu. Spało się bardzo dobrze, bo łóżko wyraźnie góruje nad twardą podłogą i karimatą.

Po godzinie 9 docierają nasze rowery. Trzeba je przygotować do jazdy, bo musiały być nieco zmodyfikowane, aby zmieścić się w busie. Obawiałem się tego transportu i słusznie, bo cały ten kilometraż trochę się na nich odbił. Unibike stracił między innymi lusterko, ale na całe szczęście odbyło się bez poważniejszych uszczerbków.

Bagaże zostają na plebanii i potem spokojnie odbierze je mąż Gosi. My dziękujemy za gościnę, żegnamy się i ruszamy w drogę. Korzystając z dnia i wizyty w Rzepinie postanawiam pokazać Gosiakowi mocarne drzewo. Sam jestem ciekawe, jak Dąb Piast wygląda w letniej scenerii.


Ten pies umie się ustawić.


Dąb Piast.


Tyle musi wystarczyć. Nie da się zrobić zdjęcia całości.

Trochę późno opuściliśmy plebanię, więc nie ma zbytnio czasu na poważniejsze zwiedzanie. Szlakiem rowerowym wracamy do Rzepina i przejeżdżając obok kościoła mijamy diakona Wojtka, który rozkłada tylko ręce. Ciekaw jestem, co sobie pomyślał.


Pogoda idealna na rower.

Wybieramy wariant powrotu przez Sulęcin i Lubniewice. Korzystamy z trasy EuroVelo R1. Tak więc jedziemy dziewiczą trasą. We wsi Lubień zainteresował nas dwór klasycystyczny z XIX wieku. Nie było opcji, aby nie zwiedzić go od środka.


Zakazy są po to, aby je łamać.


Mały procent wspomnianego dworu.


Taka zjawa to się może przyśnić.

Droga bardzo fajna, taka pagórkowata. Oznaczenia też dobre, więc nie ma opcji, aby gdzieś źle skręcić. No i jeszcze ten bajeczny zjazd przed Sulęcinem. Bardzo dobrze zapowiada się ten dzień.

Kilometry ubywają i na horyzoncie wyłaniają się Lubniewice. Akurat trwa tam maraton rowerowy. Przy okazji spotykamy także Krzyśka z żoną. Poznaliśmy ich na pielgrzymce i były rozmowy na temat tego maratonu. Krzysiek wystartował i nawet dobrze wypadł. Ważne, że był zadowolony i pod wrażeniem Wąwozu Żubrowskiego.


Rynek stał się jednym, wielkim maratonem.


Jak Lubniewice to tradycyjnie przejazd przez plażę miejską.

Trochę czasu w mieście upłynęło i gdy tylko je opuściliśmy to nieco się rozpadało. Chcieliśmy czekać pod wiatą przy parkingu leśnym, ale nic nie zapowiadało poprawy. Nawet zaczynało padać mocniej. Może i lepiej, że zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę, bo jeszcze długo padało. Dalszy powrót jakoś rewelacyjny nie był. Szybko przedarliśmy się do miasta, korzystając także z głównych dróg. Pożegnanie na stacji rozstania i tym samym zakończyła się nasza wspólna, rowerowe pielgrzymka. Czas powrócić z tych wakacji do normalnego życia, z nowymi doświadczeniami.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.