Jeden dzień i dwie imprezy w klimatach wojennych. W Chwarszczanach odbywała się kolejna edycja Templariady, ale tak wnioskując po tym, co działo się w ostatnich latach to gdzieś to wszystko zatrzymało się w miejscu no i już tak nie zaskakuje. Może po prostu się to znudziło? Dlatego Chwarszczany odpuściliśmy i postanowiliśmy korzystać z nieco wcześniejszych czasów wojów i Mieszka I – Dni Grodu Santok. W zeszłym roku też udało nam się załapać na imprezę, ale z braku czasu nie mogliśmy zostać na inscenizacji.

Gosia była po nocce w pracy, więc najlepsza opcja to aby nieco odpoczęła w domu. Spojrzenie na plan godzinowy imprezy i najlepszą opcją było pojawić się w Santoku około godziny 17. Załapiemy się jeszcze na koncert muzyki dawnej, finał walk wojów, pokaz kaskaderki konnej i na deser inscenizacja.

Zanim jednak wybiła godzina zero to pokręciliśmy się trochę po okolicy. System gosiakowy, czyli jedziemy gdzieś do określonej godziny, aby potem zawrócić. Powiem tak, system się sprawdził 😉 W Santoku zameldowaliśmy się około 16:30. Runda po stoiskach, trochę jedzenia, trochę rękodzieła, ale była też dłubanka, która powstała na kilka dni przed startem Dni Grodu Santok i została przekazana organizatorom. W kwestii wyjaśnienia dłubanka to taka pierwsza łódka, stara jak świat i korzystali z niej Słowianie.

Na scenie przygrywała muzyka dawna, ale coś nie za bardzo mi wpadł w ucho. Może to pozostałości po zespole Remdih, którego miałem okazję słuchać w Chwarszczanach i byli świetni. Tutaj trochę sobie pograli i nadszedł czas na finał turnieju bojowego. System pucharowy i tylko jeden mógł zgarnąć miecz, który był nagrodą główną w tych walkach.

Z perspektywy człowieka, który kompletnie nie zna się na takich walkach. Słabo to wygląda, mimo że nudne wcale nie jest. Brakuje komentarza, jakiś emocji. Spiker przedstawia kto wychodzi do walki, coś tam mieczami pomachają, trzech panów stojących obok (sędziowie) pomachają kijkami i potem spiker informuje, że wygrał np. Sławko. Nie wiadomo kompletnie co się wydarzyło w przeciągu tych paru minut. Brakuje właśnie informacji, kto kogo trafił w jaki sposób, itp. Dużo trzeba się domyślać i tym samym do oglądania jest to nudne. Samo to, że w finale naprzeciw siebie stają dwie osoby na wyrównanym poziomie to też nie ułatwia sprawy dla nas, widzów.

Zwycięzca turnieju. Na tarczy nie zawsze oznacza przegraną 😉

Po bitwie na miecze nadszedł czas na to, co najbardziej czekałem, czyli dżygitówka. W zeszłym roku panowie z Apolinarski Group zmiażdżyli system swoim pokazem i tym razem przyjechali w nieco większej grupie. Nawet w składzie znalazła się kobieta. Była to druga część ich występu i tutaj mieliśmy tylko jazdę i fikołki na koniu.

Rudna na powitanie i zaraz się zacznie.


Powyższe zdjęcie pokazuje wszystko. Byłem w totalnym szoku, gdy zobaczyłem, że pokazy będą się odbywać tak blisko nas. Po rozmieszczeniu barierek i pachołków z chorągiewkami sądziłem, że kaskaderka będzie miała miejsce na środku placu, a tutaj konie zasuwały centymetry od nas. Super, że publiczność nie była oddalona kilometr od widowiska. Świetnie się oglądało 🙂

Jeden z kaskaderów ześlizgnął się z konia podczas swojej ewolucji i niestety nasz nieparzystokopytny przyjaciel skradł trochę show, bo nie a bardzo chciał wrócić do swojego właściciela.

Chwila na łapanie konia i pokaz wraca na właściwe tory. Chociaż ten solowy występ wcale całego występu nie zniszczył. Moim zdaniem wręcz przeciwnie.

Dziękujemy za świetnie widowisko.

Chwila przerwy na ochłonięcie po akrobacjach i nadszedł czas na główną atrakcję imprezy, czyli inscenizację – bitwa o Santok. Jak to przy takich inscenizacjach bywa jest to luźna interpretacja bitwy między wojami Mieszka I, a Wichmana. Zdradzą Was, że ten drugi już prawie wygrywał, już miał uśmiech na twarzy, a ostatecznie przegrał… szok :p

Wojacy Mieszka I w lewym narożniku.

Wojowie Wichmana w prawym narożniku.

Bardzo fajnie to wyglądało. Ogólnie lubię inscenizacje wojenne i to w każdym klimacie. Bardzo chętnie to sam bym poudawał martwego na polu bitwy. Panowie z bractwa Wojowników Kruki z Poznania są nieco… hmmm… mało wyżyci, ale dzięki temu wnosili do bitwy niepohamowane emocje, dzięki czemu jeszcze lepiej to wszystko wyglądało i bardzo fajnie się oglądało.

Pojawiła się konnica, przeciwnik otoczony…

… no i po zawodach.

Polska górą i tak zakończyła się część historyczna i widzowie pomału mogli przenieść się w kierunku sceny, gdzie do nocy można było się bawić przy muzyce. My już musieliśmy wracać do domu, ale 15 kilometrów jakoś nas nie rajcuje, więc powrót inną drogą. Przez Buki Zdroiskie, Łośno i Kłodawę. W domu zameldowałem się po godzinie 23 i tyle samo jeszcze wskazywała temperatura na liczniku. Ciepła noc, fajne widowisko, super spędzony czas. Mam nadzieję, że za rok spełni się sen organizatorów i już na prawdę spotkamy się w GRODZIE SANTOK 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.