Na ostatni weekend maja przypadało Święto Między Rzekami, czyli Dni Międzyrzecza. Pociąg ma bardzo fajne połączenie, więc nadarzyła się okazja pojeździć po okolicy, a na samej imprezie zawitać już późnym popołudniem, bo o godzinie 18 na scenie miał wyjść Sławomir… uwielbiam tego gościa za te wszystkie piosenki, za styl który wypracował.

PKP po części się przygotowało na imprezę, bo nawet w szynobusie rozłożone były kartki z programem. Z racji tego, że bilet jest bardzo tani to można było się spodziewać wycieczki z Gorzowa. My wybraliśmy ten pierwszy pociąg, więc w Międzyrzeczu zameldowaliśmy się około godziny 6. Rolę nawigatora pełniła Gosia i pierwszym celem było dotarcie do miejscowości Wrony, aby uzupełnić listę naszych Zwierzęcych Miejscowości.

Po drodze zauważamy znak prowadzący do wieży widokowej nad jeziorem Chłop. Było po drodze, więc musieliśmy skorzystać z okazji. Trzeba było się wdrapać na górę.


Wieża dosyć sporawa.

Drzewa niestety nabrały tyle zieleni, że ciężko jest dostrzec same jezioro. Skupiliśmy się na keszu, który tam niby jest schowany. W ogóle w okolicy były trzy, ale wszystkie ostatni raz odwiedzane były w październiku. Nie chcieliśmy jakoś marnować dużo czasu i trochę poszukaliśmy, ale nie udało się znaleźć żadnego.

Widok z wieży na jezioro.

Myślę, że warto będzie tutaj wrócić na jesień, chociażby dla lepszych widoków. Może taka wczesna, jak dookoła będzie kolorowo.

Trochę pobawiliśmy się leśnymi ścieżkami przy jeziorze, które zaprowadziły nas do kapliczki.

Ziuuup w dół.

Wrony niestety przestrzeliliśmy, albo nie ma tam żadnego znaku pokazującego, że jesteśmy w miejscowości. Teremy poogradzane, prawie komuś na ranczo nie wjechaliśmy i koniec końców musieliśmy trochę jechać przez chaszcze, aby wrócić na normalniejszą drogę. Wrony nie odpuścimy i kiedyś tam dotrzemy od bardziej cywilizowanej strony.

Taki przyjaciel przebiegł mi przed kołem.

Tamtejsze okolice rozsiane są w szlaki rowerowe.

Kapliczka w lesie? Oczywiście poświęcona św. Hubertowi.

Rower w odpowiedniej pozycji, patyk w ręce, aparat na sakwie… w ruch idzie samowyzwalacz…

… ostatnie poprawki i…

… zdjęcie to już nie u mnie, u Gosi 😉

Planując trasę to wyszło nam takie koło, że zaprowadziło nas do Nowego Tomyśla. Zanim jednak tam dotarliśmy to podziwialiśmy nazwy mijanych miejscowości. Nie wiem, jak one powstawały, ale są specyficzne. Już nawet nie wspomnę, jak można niefortunnie przeczytać Lipka Mała, gdy pierwsza litera jest pomazana 😉

Wracając do Nowego Tomyśla. Wylądowaliśmy na Placu Niepodległości, gdzie można było zapoznać się z wystawą właśnie o niepodległości, ale nas bardziej zainteresował wielki… statek. Tak przynajmniej nam się wydawało. Po bliższym poznaniu obiektów… no dobra tablic informacyjnych… ów statek okazał się największym wiklinowym koszykiem na świecie. Powstał w 2006 roku i został wpisany do księgi rekordów Guinnessa.

Tamtejsze okolice to zagłębie wikliniarstwa, stąd też na swojej drodze spotkaliśmy oto takie znaki:

Jazda szła nam na tyle sprawnie, mimo czasami uciążliwego piachu w lasach, więc był i czas na lody. Lodziarnia napatoczyła się sama, a potem skusił nas smak: żubrówka z jabłkiem. Potem już pojechaliśmy w kierunku Zbąszynka.

Przy jednym z parkingów leśnym znajdują się tablice informacyjne, które opowiadają historię granicy, Zbąszynka i Zbąszynia.

Tras miała być nieco inna, bo jeszcze w planach były inne miejscowości, ale już trzeba było już obrać kierunek Międzyrzecz. Sławomir nie będzie przecież na nas czekać. Pewnie my bardziej na niego.

Nawigacja tak nas pokierowała, że przejeżdżaliśmy przez Nietoperek, a tam jest Pan, który na swoim terenie posiada kolejkę – Nietoperek Agroturystyka. Skusiliśmy się, aby zajrzeć na chwilę i bardziej myślałem, że przez płot zrobimy parę zdjęć, a skończyło się tak:

Dokładnie tak, udało nam się przejechać. Właściciel bardzo, ale to bardzo skromny, ale Jego dzieło jest imponujące. Lubię pociągi, ale mieć coś takiego w ogórku… ech… ojcowie cieszą się z mini kolejek, które niby kupują dzieciom, a tutaj mamy znacznie większe mini 🙂 Kolejka kolejką, ale oprócz tego są stacje, jest nawet Międzyrzecki Rejon Umocniony, most, tunel, młyny. Polecam, bo na prawdę warto.

Kolejka jeszcze bez maszynisty, a my jeszcze nie wiedzieliśmy, że nią będziemy jechać.

Podczas pieszego zwiedzania towarzyszył nam kot, który bezproblemowo sforsował zęby smoka.

Selfik?

Kolejkę i Pana Maszynistę musieliśmy pożegnać. Jeszcze raz dziękujemy i myślę, że jeszcze tam zawitamy, jak KON (Kolej Ogrodowa Nietoperek) się jeszcze bardziej rozwinie, albo wystartuje drugi pociąg. Napiszę tak, z całym szacunkiem dla muzyki Sławomira (tudzież przez niektórych uważanego za Stanisława), ale kolejka wygrała i była główną gwiazdą dnia… oczywiście oprócz Gosi. Niby skromna, ale to… kobieta 😉

Do Międzyrzecza w końcu dotarliśmy z jakąś godzinę przed planowanym rozpoczęciem koncertu. Nie spodziewałem się takich tłumów. W zasadzie to już prawie 12 godzin byliśmy na kołach i gdzieś to zmęczenie się pojawiało i gdzieś była myśl, aby uciec od tego zgiełku. Koncert opóźnił się o pół godziny, więc posłuchaliśmy, albo bardziej próbowaliśmy posłuchać parę piosenek i trzeba było uciekać na pociąg. Tak już poprzesuwali na rozkładzie, że ostatni melduje się w Międzyrzeczu przed 20. Trochę szkoda, ale będą inne okazje.

Wracając jeszcze do PKP to jak wspomniałem na początku, ulotki w pociągu, gdzieś ta myśl, że trochę ludzi może tutaj jednak przyjechać i byłem w totalnym szoku, jak zobaczyłem, jaki wagonik przyjechał na dworzec. Kto jeszcze w Gorzowie pamięta stare tramwaje z osobnymi wagonami to ten szynobus, który przyjechał nas wszystkich zabrać był mniejszy od takiego jednego wagonu. Ścisk duży, jedne drzwi i piszczenie tak duże, że pojawiała się obawa, czy w ogóle dojedziemy do Gorzowa, zanim ten wagonik się rozleci. Zdecydowanie wolę Pana z Nietoperka 😉

Udostępnij:

Komentarze

  1. Mogę się odnieść jedynie do wieży widokowej nad jeziorem Chłop – jesienią też zobaczycie tam tylko czubki sosen, ona powinna być wyższa o jedną kondygnację. Z wszystkich trzech wież w gminie Pszczew jedynie z tej na Górze Trębacza pod Zielomyślem roztacza się rozległy widok. W Świechocinie można jedynie z góry popatrzeć na wioskę. A Wrony to tylko przysiółek Silnej, nigdy nie natknąłem się tam na skupisko więcej niż dwóch gospodarstw razem obok siebie.
    Nie wjeżdżaliście do Lwówka. Byłem tam dwa razy, mnie się to miasteczko podoba.
    Przyjemnie znów Was poczytać 🙂 Pozdrawiam. Jorg

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.