W niedzielę w Żelichowie odbywała się druga edycja biegu, dosyć trudnego biegu. Pojechaliśmy tam w roli kibiców, bo dla mnie przebiegnięcie w marcu 2 km było dużym wyzwaniem. Tak więc tym razem tylko popatrzeć, bo paru znajomych postanowiło wziąć tam udział.

PKP utrudniło trochę sprawę i tak będzie aż do września. Pociąg nie kursuje już z dworca Gorzów Wschodni, ale trzeba przedostać się do Santoka. Dziwi mnie to, że rowerzyści pozostawieni zostali sami sobie. Nie wiem, jak poradzą sobie osoby, które do Gorzowa dojadą z Kostrzyna. Łatwiej będzie chyba już jechać do Krzyża przez Szczecin :p

Wracając do naszej wycieczki to Gosia oczywiście chciała mieć zapas czasu i skończyło się tak, że na dworcu w Santoku czekalibyśmy godzinę na pociąg. Tak więc pojechaliśmy dalej i do szynobusu wsiedliśmy w Górkach Noteckich. Wysiadka w Krzyżu Wielkopolskim, nawigacja w ruch i kierunek Wieleń. Nie bylibyśmy sobą gdyby do Żelichowa nie dostać się nieco dłuższą drogą. Start biegu o godzinie 11, tak więc mamy sporo czasu. Nawigacja tak nas prowadziło, że sporo część trasy przejechaliśmy trasą maratonu Michałki 🙂

Do Żelichowa dotarliśmy parę minut przed startem. Przywitanie i mnie zainteresowała inna rzecz, niż zawodnicy, który szykowali się na rywalizację. Coś, co Gosia sama mi podsunęła…

Tyle było oglądania i kibicowania.

Żeby nie było, że tylko jedzenie mi w głowie. Jest i brama startowa 😉

Trochę czasu spędziliśmy wśród atmosfery rywalizacji. Fajna sprawa, sam przecież gdzieś tam już łyknąłem te mocje. Najbardziej mi zaimponował Pan, który na metę dotarł jakby wrócił ze spaceru. Żywczyk, bardzo sympatyczny, a patrząc na wyniki można było zauważyć rok urodzenia… 1938… ten człowiek przebiegł w upale 10,5 km, po łąkach i polach, gdzie cień był tylko marzeniem.

Trzeba było jednak zbierać się do domu. Oczywiście nawigacja ponownie nas prowadziła przez lasy, momentami trochę piaszczystą drogą, ale pięknie i w spokoju. W leśnych klimatach dotarliśmy do Drezdenka, przerwa na deptaku na trochę orzeźwienia i potem dalej chowamy się w las. To już będzie ostatnia rywalizacja z wiatrem, bo potem będzie on dla nas już tylko pomocny.

Mała przerwa nad jeziorem w Goszczanowie.

Gdzie może być bezpieczniej, niż w mojej sakwie?

Na sam koniec dzisiejszej wyprawy Gosia miała okazję zapoznać się z podjazdem z Czechowa do Janczewa. Ostatnio jak chciałem tam sobie pojeździć szosą to niestety pełno było tam porozrzucanych kamieni. Ku mojemu zdziwieniu zostały one posprzątane, więc spokojnie można tam ponownie bić swoje rekordy 🙂

Dzień może zaczął się bardzo wcześnie, bo spotkaliśmy się o 6:30, a pożegnaliśmy się około godziny 20 to jakoś bardzo szybko mi te godziny, kilometry minęły… eeech…

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.