Dobrze zrobiło kilka dni odpoczynku po pielgrzymce rowerowej, ale też szybko zatęskniliśmy za rowerami. Wraz z Gosiakiem postanowiłem podjąć trzecią już próbę dotarcia do głazu narzutowego zwanego z niemieckiego Klickstein. Trzeba było odstawić Gianta i powrócić na Staruszka. Trochę kilometrów potrzebowałem, aby się przestawić, a nie pomagał w tym towarzyszący śmiech.

Jechało się bardzo dobrze i za wsią Dalsze wjeżdżamy w nieznany teren. O dziwo nawigowanie szło nad wyraz sprawnie i bardzo szybko pojawia się Rościn. To właśnie tam znajduje się główny cel naszej wyprawy. Droga ładnie oznakowana, więc nie ma problemu z dotarciem do pomnika przyrody. Gorzej już z jej jakością.


Ten drogowskaz mówi wszystko.


To już niedaleko.

Klikający Kamień jest dość okazały. Ma ponad 2 metry wysokości i ponad 12 metrów w obwodzie. Zwany też jest Czarcim, albo Diabelskim Głazem. Bardziej jednak używana jest nazwa przetłumaczona z języka niemieckiego. Jego gór część poruszana wydawała charakterystyczny dźwięk kliknięcia, stąd też pochodzi nazwa tego głazu.


Niewiasta na Klikającym Kamieniu.


Tablica informacyjna.


Historia głazu.


Lubimy legendy.


Mieliśmy też gościa w postaci sympatycznego ślimaka.

Kamień został obmacany z każdej strony. Ślimak otrzymał pokaźną sesję zdjęciową. Można ruszać dalej. W grę nie wchodził powrót tą samą drogą, więc pojechaliśmy dalej asfaltem, który zaprowadził nas do Chłopowa. Miejscowość już nam znana, bo przejeżdżaliśmy przez nią podczas wycieczki do Trzcińska-Zdrój. Zniechęcił nas jednak ponad 5-kilometrowy bruk. Tak więc pojechaliśmy leśnymi ścieżkami i wylądowaliśmy w pobliżu Rancza Radzicz. Zachęciły nas stacjonujące w pobliżu konie. Liczyłem na całe ich stada. Nie było opcji, abyśmy całe to ranczo nie zobaczyli z bliska.


Przywitała nas taka przyjacielska psina.


Mało jednak interesował ją nas pobyt.

Oprócz napotkanego psa nie było innych zwierząt. Mimo tego miejsce to jest bardzo urokliwe. Alejki, charakterystyczne ogrodowe meble. Można się tam zasiedzieć. Nie ma co. Rowery pilnował nam stróżujący pies, a my wyruszyliśmy na spacer po ranczu.


Bryczka.


Mostek na stawem.


Ogród.


Bardzo ciekawe meble.

Długo tam nie zabawiliśmy, bo czas goni, a trzeba jeszcze wrócić do domu. Jednak jazda idzie nam tak sprawne, że postanawiamy jeszcze złapać oddech nad Jeziorem Ostrowickim. W sklepie dowiadujemy się, że dość niedawno wybudowano fajne miejsce na odpoczynek. Większej zachęty nie potrzebujemy. Mimo, że odnaleźliśmy to miejsce, to bardziej nas zaciekawił pomost wędkarski. Stamtąd lepiej było widać jezioro no i kaczki, które skusiły się na mój chleb z marmoladą.


Takie pomosty to my lubimy.


Kaczki. Mam nadzieję, że nieco sobie podjadły.

Po jakimś czasie docieramy do Barnówka, a że ruch o tej porze jest niewielki to drogą nr 130 jedziemy prosto do Gorzowa, by tradycyjnie przed miastem odbić w kierunku Kłodawy. Szybkie pożegnanie i mi udaje się dotrzeć do domu jeszcze przed zapadnięciem ciemności.


Tak na zakończenie tego dnia.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.