Przejdź do treści

Powrót w okolice Zielonej Góry

Poprzedni wypad na południe lubuskiego tak bardzo nam się spodobał, że postanowiliśmy to powtórzyć. Tym razem trasa rozplanowana bardziej na południowo-wschodnie tereny od Zielonej Góry. Częściowo wykorzystaliśmy ponownie fragmenty Szutrozy.

Pogodowo ciepło, gorąco. Nie było opadów deszczu, nawałnic, itp. Tak więc w lesie czeka nas wielka niewiadoma, ale jeżeli tereny będą podobne do tych sprzed dwóch tygodni to raczej większego problemu być nie powinno. Spodziewam się przepięknych szutrów klasy premium.

Mamy już swoje miejsce parkingowe w mieście i czeka nas tylko przebijanie się przez ulice wśród samochodów. Na pierwszy ogień Wzgórze Piastowskie i tamtejszy single track. Oczekiwania duże, bo tych singlów trochę się przerobiło, ale wizja takiej trasy w mieście… ciekawe.

Wydaje mi się, że ze singlów to bardziej korzystają biegacze niż rowerzyści. Na gravela nie za bardzo, bo trasa jest bardzo piaszczysta. Jak szybko tam się pojawiliśmy to jeszcze szybciej chcieliśmy stamtąd uciec. Pewnie na góralach odczucia są całkiem inne. Sam park i teren rekreacyjny świetny. Zjechaliśmy w dół i kierowaliśmy się w kierunku Ochli.

Takie szutry to ja lubię.

U nas jest miejscowość o nazwie Kiełpin i tutaj także. Dłuższe posiedzenie mieliśmy w parku, bo nas zainteresował swoją infrastrukturą i stawem w dość ciekawym, specyficznym kolorze.

Można posiedzieć i poczytać.
Kaczkom zabarwienie stawu nie robi większego problemu. Wytaczają swoje ścieżki.

Kolejna miejscowość na horyzoncie to Zatonie i znajduje się tam Muzeum PRL-u „Nie lubię poniedziałku”. Jest to dosyć świeże miejsce, ponieważ powstało w 2024 roku. Jestem jeszcze dzieckiem komuny i lubię takie miejsca. Niestety muzeum czynne jest tylko w weekendy, a piątek z rana to jeszcze za wcześnie na weekend.

Pozostała nam jedynie sesja zdjęciowa w Autosanie, który stacjonuje przed wejściem do wspomnianego muzeum.

Rzut kamieniem dalej mamy pałac, a raczej to co po nim zostało. W zasadzie jest to cały zespół pałacowy. Miejsce świetnie utrzymywane i jest wizytówką tych rejonów. My jednak czasu na dłuższe posiedzenie nie mamy i musimy lecieć dalej.

Ruiny XIX-wiecznego pałacu.
Przyroda – człowiek 1:0.

Kierunek Nowa Sól i tam obowiązkowy przystanek na lody. Drogi już nieco gorsze, bo pojawia się piach, nieco zarośli. Nie ma co jednak narzekać, bo jedzie się na prawdę przyjemnie. Gorzej już w samym mieście, bo po lodziarni, którą sobie wybraliśmy to pozostał tylko ledwo widoczny szyld. Drugie miejsce nie lepsze i dopiero za trzecim razem udało się namierzyć fajną miejscówkę – obok kurtyny wodnej – idealnej na takie upały.

Nową Sól odwiedziliśmy przy okazji ostatniej wizyty i tym razem trzeba było przez miasto przejechać nieco inaczej, aby nie powielać tych samych miejsc. Odwiedziliśmy Park Kacza Górka z punktem widokowym i wodospadem.

Hop na górę.

MOSiR Nowa Sól stworzył bardzo fajne miejsce na relaks, ale także i aktywność, ponieważ nieopodal są także ścianki wspinaczkowe, skate park, pump track, itp. Moglibyśmy tak tutaj siedzieć i się delektować, ale niestety czas nas goni.

Wyjeżdżamy z miasta i teraz nas czeka długi odcinek wzdłuż Odry. Początkowo częściowo zalesiony, ale potem rzeka odsłania się przed nami w pełnej krasie.

Spokojna Odra.
Pan Gołąb na co czeka?

Nie mogło obyć się bez sesji zdjęciowych i nawet gołąb dołączyć do nas 🙂

Jak gravel to szutry.

Dalej czekały nas bardzo fajne leśne dukty, które przeplatały się z piaszczystymi fragmentami i niestety czekał nas przejazd przez parę kilometrów drogą wojewódzką. Potem jednak ponownie wpadamy w las, gdzie nawet pojawiają się fragmenty asfaltu.

Ktoś kto rysował trasę (z przyzwoitości nie podam tutaj imienia) wymyślił sobie przejazd przez rezerwat Gaj Wandy. Przyrodniczo miejsce przepiękne, ale nawierzchniowo tragedia – jedna, wielka piaskownica. Trzeba było przepychać rower, ale na szczęście potem droga się nieco poprawia.

Następne kilometry to taka przeplatanka. Przejazd przez wioski, gdzie nawet nie ma asfaltu, trochę piaszczystych odcinków, ale także i taki w miarę przejezdnych. Problemem jest jednak letnia pogoda i to, że te drogi są uczęszczane przez mieszkańców. Tak więc kurzy się tutaj niemiłosiernie.

Ulga przychodzi w okolicy Otynia, bo tam wpadamy już na drogę dedykowaną rowerom, czyli kultowa jest Kolej na Rower. Zanim jednak zdążyliśmy się napędzić to zrobiliśmy sobie przerwę w Lipinach, w Centrum Edukacji Ekologicznej, gdzie funkcjonuje kawiarnia. Był czas na lody i kawę.

Jak ktoś jedzie szlakiem Kolej na rower to nie ma możliwości przegapić ten budynek.
Most w Stanach.
Ostatnie spojrzenie na Odrę.

Jeżeli ktoś chce uciec od zgiełku miasta, samochodów, całego tego chaosu to polecam ten szlak rowerowy. Mamy kilkadziesiąt kilometrów asfaltowej drogi bez żadnych samochodów.

Swoją drogą to jak parę lat temu testowaliśmy Kolej na rower to nie przypominam sobie, aby most w Stanach wydawał aż takie odgłosy. Jadąc przez niego rowerem to czujesz się tak, jakby przejechał pociąg, jakby to wszystko miało się zaraz zawalić. Oj rowerzyście nie oszczędzają tego miejsca 😉

Zielona Góra coraz bliżej i powielamy niewielki odcinek z Otynia do Niedoradza, aby tam przed Drzonków wrócić do południowej stolicy województwa lubuskiego.

Po drodze oczywiście jeszcze lody na deptaku. Porę wyjazdu wybraliśmy idealnie, ponieważ pokryliśmy się z derbami żużlowymi, które akurat odbywały się właśnie w Zielonej Górze. Piątek + mecz, późno popołudniowa pora, ludzi było dosyć sporo. Nam udało się znaleźć lodziarnię, która serwowała specyficzne sami lodów, np. z dodatkiem bazylii.

Podsumowując wypad do Zielonej Górze to dzisiejsze tereny były nieco gorsze jakościowo, ale w dużej mierze mogło to być spowodowane suszą. Wpadło 126 kilometrów i do domu wróciliśmy o całkiem dobrej porze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Robak88 - trochę inny blog! © 2013 - 2026