W szoku byłem, gdy rano spojrzałem na termometr. Pokazywał 14°C, a zza chmur wyglądało nieśmiało już słońce. Trochę jednak dokuczał wiatr, więc trzeba było tak zaplanować trasę, aby był najmniej dokuczliwy. Oczywiście skończyło się spontanem i wylądowaliśmy w Barlinku. Nawet nie musiała paść propozycja. Było pewne, że będziemy karmić ptactwo nad tamtejszym jeziorem. Wyposażyliśmy się w bochenek chleba i na promenadę.


Jaśnie kot łapiący promienie słońca.


Wyczuł chyba zagrożenie w kategorii „kociak” i nie chciał zaprzyjaźnić się z Gosią.

Dużo osób skorzystało z rewelacyjnej, jak na listopad pogody. Konkurencja w karmieniu duża. Jednak na jeziorze jest tyle kaczek, łabędzi, mew i kurek wodnych, że jakby tutaj przyszło całe miasto to i tak wszystkich nie daliby rady nakarmić.


Walka o kawałek chleba.


Wiecznie nastroszony.


Dla każdego wystarczy.


Łabędzie czują się tak pewnie, że bez problemu podpływają, aby zabrać kawałek chleba bezpośrednio z ręki. Dobrze, że nie mają zębów.


Chyba każdy łapał dzisiaj promienie słońca.

Pobawiliśmy się nad jeziorem z ptakami, no ale trzeba ruszać dalej. Urozmaiciliśmy sobie drogę jadąc szlakiem rowerowym przez las, a potem zainteresowała nad droga na Płonno. Dobrze że z niej skorzystaliśmy, bo wylądowaliśmy w stadninie koni Contendros Barlinek. Oprócz samych koni spotkaliśmy także inne, ciekawe zwierzęta. Zdecydowanie wygrały fochaste lamy i nic niewidzący baran.


Tradycyjny widok. Gosiak przywłaszcza sobie wszystkie konie.


Ten to musi mieć uciechę.


Lama już ma focha.

Trochę problemów mieliśmy z owcami, baranami, czy też kozłami. Schowały się w swoim domku i ani myślały wyjść się pokazać. Na szczęście po jakimś czasie pojawia się całe stado z mega fochastą lamą. Ta to już w ogóle zadzierała głowę do góry. Rozbawiła mnie strasznie.


Idzie stadko.


Na pierwszym planie baran, który nic nie widział, bo idąc w naszym kierunku przyrżnął w ogrodzenie.


Tak wygląda baran z bliska ;p

Trzymaliśmy się poza ogrodzeniem stadniny, ale tam na horyzoncie widzieliśmy inne zwierzaki. Myślę, że w to miejsce na pewno wrócimy, żeby zapoznać się z resztą zwierząt. Dzisiaj niedziela, więc nie chcieliśmy zbytnio przeszkadzać.

Wróciliśmy na drogę i obraliśmy kierunek Danków. Tam nas zatrzymały słomiane ludziki przy barze z wierszykami dzieciaków. W ogrodzie (niestety zamkniętym) było tego znacznie więcej. Fajny pomysł.


Trochę straszny.


Pani ma takie duże atrybuty, że koszula się nie dopina.


Gosia znalazła podobieństwo?


Dla mnie najlepszy wiersz 🙂

Potem już tradycyjny powrót przez Rybakowo, Santoczno i potem lasami do domu, bo ciemności nadchodzą już niestety szybciej. Bardzo sprawnie poszła nam jazda i o rozsądnej porze odprowadziłem Gosiaka do domu, a sam pojechałem dalej. Udało nam się uniknąć silnych podmuchów, słońce towarzyszyło przez cały dzień i można ten wypad zaliczyć do bardzo udanych 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.