Sobota zapowiadała się fantastycznie i nie było szans, aby Gosia siedziała w domu. Musieliśmy razem rowerowo zacząć ten rok. Trochę przesunęła nam się godzina spotkania, bo ktoś nie usłyszał budzika, ale nic straconego. Słońce wyjrzało zza chmur, temperatura dodatnia. Martwił mnie tylko lód, który pozostawał w niektórych miejscach. Wiedziałem, że nie ma sensu jechać w las, bo tam czeka nas trudna przeprawa. Innego zdania był jednak Gosiak, ale po jakimś czasie i u niej w głowie zaczęło wszystko funkcjonować prawidłowo i wróciliśmy na asfalt. Już na samym początku wykonaliśmy tzw. kreskę zawracającą na Endomondo. Ciągle się dziwię, że ona wierzy w moje umiejętności nawigacyjne, a ja w jej.


W kierunku Barlinka.

Tak dotarliśmy do Barlinka. W sumie nieco wymuszona sytuacja, ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Spojrzenie na mapę, Sulimierz… tam nigdy nie byliśmy. Wszystko jasne.

Z początku jechało się bardzo dobrze. Drogi krajowe, wojewódzkie całkowicie odśnieżone. Gorzej już na lokalnych, gdzie ciągle pozostawał lód. Głównie zalesione miejsca to koncentracja pełną parą, a tam gdzie docierało słońce – chlapa. Mimo to było świetnie. Widoki niesamowite. Gdzieś tam pozostawał śnieg, była pełna zima, by za parę kilometrów nie było go wcale i wczesna wiosna.


Miejscowość z ciekawą nazwą i w wiosennej scenerii.


Koniom chyba odpowiada taka pogoda, bo spotkaliśmy ich sporo. Jednak nie za bardzo się nami interesowały.


Kościół w Giżynie.

Powrót w kierunku Karska i potem asfaltowym skrótem przez las w kierunku Łubianki. Chcieliśmy jak najszybciej pokonać ten odcinek trasy, aby zameldować się na drodze wojewódzkiej nr 151, gdy zrobi się już ciemno. Gdy słońce poszło już spać to temperatura spadła. Szybko to odczuliśmy i wtedy niezawodne okazały się gosiakowe ogrzewacze do rąk. Potem już prosto do Gorzowa bez żadnych problemów. Pożegnanie z uśmiechami na twarzy i do następnego razu 😉

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.