Nadszedł ten dzień, wymarzony dzień. Świnka została rozbita i pojawiła się nowa maszyna, wymarzona maszyna. Już jakiś czas temu przeglądałem neta, szukałem roweru i całkowicie przypadkiem natrafiłem na markę Radon. Strasznie spodobało mi się malowanie tego roweru i gdy pokazałem go Gosiakowi, powiedziała: „ten rower idealnie do Ciebie pasuje”. Przyjechał do mnie aż z Niemiec i dzisiaj pierwszy raz na niego wsiadłem.

Trzeba zgarnąć Gosię spod garażu, ale zanim tam dojechałem to ciągłe regulacje siodełka. Zaskoczyła mnie prezentem dla mnie, bardzo ciekawym prezentem. Będzie szansa zobaczyć to na blogu, ale to jeszcze nie teraz. Wyczuła mnie całkowicie, czym też totalnie zaskoczyła. Dziękuję. Prezent urodzinowy zostaje, odbiorę go na powrocie.

Wybraliśmy kierunek na Lubniewice. Dawno tam nie byliśmy, a chyba były najlepszą opcją, aby uciec nieco od wkurzającego wiatru. Dzień wyjątkowy, więc żadne z nas nie myślało, aby głośnio podmuchy przeklinać. Jest radość, bo cel wycieczki zbliża się coraz szybciej.


Stały bywalec supermarketu?


Nasze rowery. Teraz to wygląda… hmmm… lepiej.

W Lubniewicach odwiedziliśmy Park Miłości. Mała runda z dłuższą przerwą na Mostku Miłości. Zainteresowała nas kłódka ciekawej formy, z szyfrem jak w sejfach. Bardzo się wyróżnia. Następnie pojechaliśmy w kierunku Jarnatowa. Już nieco z pomocnym wiatrem, bo w plecy.


Mostek Miłości. Trzeba sprawdzić, bo może doszły jakieś nowe kłódki?

Słońce, które jeszcze z rana nam towarzyszyło schowało się już za chmurami. Zdecydowaliśmy się skorzystać z czerwonego szlaku rowerowego, aby nie jechać asfaltem. Alternatywną drogą przez las jest o wiele ciekawiej. Wylądowaliśmy w Rogach, a tam ładnie odsłonięty został przez brak liści na drzewach pałac. Teraz jest w nowych rękach, a że brama była otwarta… czemu by nie skorzystać?


Pałac z początku XX wieku.

Wyjeżdżając z Rogów natrafiliśmy jeszcze na stary cmentarz. Widzieliśmy go na mapie właśnie przy wjeździe do miejscowości. Standardowo pomyliły nam się kierunki, postanowiliśmy zostawić to miejsce na inny raz, ale samo przyszło do nas.

Zaczął popadywać sobie śnieg, ale śmialiśmy się z niego, że to tylko przelotnie. Okazało się całkiem inaczej. Doszedł do tego jeszcze trochę głupi wybór drogi i byliśmy jak Ci Beduini w zamieci śnieżnej. Przemarznięci (na pewno ja, a Gosia będzie ściemniać, że jej ciepło było ;p), z lodem na kaskach, rowerach. Dobrze, że Gosiak ma przy sobie te magiczne cuda do ogrzewania rąk. Jakość dojechaliśmy do Gorzowa, a tam istny atak zimy. Jeszcze tylko odebrałem swój prezent, który został w garażu i szybko do domu. Przez zawirowania pogodowe musieliśmy skrócić trasę, ale było całkiem fajne. Radon przeszedł solidny test i jestem z niego bardzo zadowolony. Urodziny spędzone z Gosią na rowerach niemal przez cały dzień – rewelacja!


To jest śnieg z którego jeszcze się śmialiśmy. Potem to już był istny atak zimy.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.