Z samego rana spotkanie z Gosią, aby nie marnować ani minuty, bo sobota pogodowo zapowiadała się fenomenalnie i trzeba było to w pełni wykorzystać. Trasę już wcześniej zaplanowałem i chciałem odwiedzić mojego kesza przy wieży widokowej. Dawno tam nie zaglądałem, a doszły do mnie słuchy, że pudełko straciło wieczko. Najpierw chciałem obadać sytuację i potem to wszystko naprawić.

Najpierw musieliśmy przedrzeć się przez Gorzów, a potem wybraliśmy wariant leśny przez Chróścik do Łupowa. Potem już ścieżką rowerową i wdrapanie się na Morenowe Wzgórza. Niebo było bezchmurne, więc widoki piękne. Słońce natomiast tworzyło tak świetną atmosferę, że przerwa znacznie się nam przedłużyła.


Gdy ja łapałem jeszcze oddech po wspinaczce, Gosiak był już na górze.


Nie chciało mi się ruszać, więc moje widoki były uboższe. Nie można jednak powiedzieć, że jakieś słabe.

W skromnym pojemniku śniadaniowym wraz z rowerową towarzyszką przyjechało ciasto. Klimat świąteczny, więc i trochę smakołyków znalazło się dla mnie. Zająłem się nimi, bo nie powiem… lubię słodkości, a Gosia miała chwilę wytchnienia ode mnie.


Ktoś już skubnął.

Potem trzeba było zajrzeć do kesza i rzeczywiście trochę tam się bajzel zrobił. Chciałem tutaj wrócić w najbliższym czasie, ale Gosia wpadła na pomysł, aby wykorzystać pojemnik po cieście. Wyczyściliśmy i wszystko wylądowało z powrotem na swoim miejscu.
Dorzuciliśmy także małą zabawkę w postaci Minionka.


Zdjęcie, jako dowód musi być.


Nie wiedząc czemu, moje zdjęcie akurat nie wyszło 🙁

Zjazd na dół i postanowiliśmy poszukać kesza przy anomalii, jak to oficjalnie się nazywa. Krótko mówiąc charakterystyczny podjazd z Nowin Wielkich w kierunku Starych Dzieduszyc. Z namierzeniem pojemnika nie było problemów. Wpis, wrzucenie skromnego fanta, zachwyt przygotowaniem skrzynki i można jechać dalej.


To już 70 znalezisk na moim koncie 🙂


Goooosia!! Na opalanie przyjdzie czas innym razem.

W zasadzie na tym rowerowy dzień by się skończył. Gosiak po nocce w pracy, nie chciałem ją przemęczać, ale miała tyle werwy w sobie, że trzeba było dorzucić kilometrów. W sakwie worek ze smakołykami dla koni. Ostatnio pogoda była słaba, bo deszcz trochę psuł atmosferę. Postanowiliśmy to naprawić. Tak więc ponownie jedziemy na spotkanie z końmi w Lubiszynie. No ale oczywiście na okrętkę.

Sosny, wzdłuż jeziora i potem szlakiem rowerowym do Mosiny. W międzyczasie atrakcja, czyli okres godowy żab. Mało co, a ich miłość zakończyłaby się pod kołami roweru.


Mała przerwa nad jeziorem.


Eeee… żaba na żabie?


Życie seksualne płazów udokumentowane.

Pozostała ostatnia misja dnia, czyli wspomniane konie. Dotarliśmy na miejsce i od razu rzuciło mi się w oczy, że jest ich nieco więcej. Chwilę później pojawił się właściciel. Zamieniliśmy z nim parę zdań i okazało się, że część koni nie jest jego. Dostaliśmy pozwolenie na karmienie. Mogliśmy nawet wejść za ogrodzenie i pobawić się ze zwierzakami z bliska. Jednak, czy idąc do stada z reklamówką smakołyków to dobre posunięcie? Można się domyślić.

Potem już prosto do domu. Z uśmiechami na twarzy, że tak idealnie udało się wykorzystać wolną sobotę. Wszystkie zaplanowane cele zostały wykonane, a o pogodzie to mógłbym wypowiadać się pozytywnie bez końca. Tak samo zresztą, jak o mojej rowerowej przyjaciółce. Zapominam, jak to jest jeździć samemu i co jest najlepsze, nawet to jest fajne 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *