Mając już w posiadaniu rower szosowy to chodziła po głowie myśl, ale sprawdzić go w warunkach bojowych. W Wolsztynie zaplanowano kolejną rundę Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych, oczywiście dla amatorów. Decyzje o zapisie odkładałem do samego końca, ale ostatecznie pojawiłem się na liście startowej i nie było już możliwości rezygnacji.

Nie wiem, jak układane są grupy startowe, ale trafiłem do ostatniej szosowej, która startowała po godzinie 11. Potem już na trasę ruszali zawodnicy z kategorii Inne, czyli nie rowery szosowe. Najpierw jednak trzeba było dotrzeć do Wolsztyna. Pociągiem dostałem się do Babimostu, a stamtąd na miejsce organizacji maratonu miałem niecałe 30 km. W sam raz na rozgrzewkę.

Wyjazd po godzinie 5 rano i szynobus pusty, ale taki oto pasażer się trafił.

W podróży.

Mimo, że szynobus był pusty to konduktor dotarł do mnie dopiero w Skwierzynie i stamtąd też mi policzył bilet. Wyszło nieco taniej, bo jeszcze pojawił się problem z prawidłowym obliczeniem reszty. Nie wszyscy z samego rana potrafią dobrze funkcjonować.

Wysiadka w Babimoście i nawigacja usilnie starała się mnie poprowadzić przez Kargową. Dystans wyszedłby podobny, ale gdzie tutaj logika, aby przebijać się przez miasto. Na szczęście w kwietniu byliśmy z Gosią na Paradzie Lokomotyw w Wolsztynie i przy okazji odwiedziliśmy Port Lotniczy w Babimoście to drogę kojarzyłem i postanowiłem pojechać tak samo. Drobne poprawki i nawigacja zasugerowała się moimi wskazówkami. Do startu miałem bardzo dużo czasu, więc tempo spokojne. No może poza odcinkiem na krajówce, gdzie bardzo szybko chciałem stamtąd uciec.

Po Wolsztynie trochę pobłądziłem, bo sporo ulic jednokierunkowych, ale ostatecznie dotarłem do Parku Miejskiego. Odebrałem pakiet startowy i pozostało tylko czekać, czekać i czekać.

Numer 499 melduje swoją gotowość.

Czas umilał pan redaktor Piotr Kurek, którego chyba przedstawiać nie trzeba. Pogoda też się poprawiała, bo zrobiła się iście rowerowa. Nie jakoś gorąco, ale lekki deszcz, który jeszcze mnie nawiedził podczas drogi do Wolsztyna odpuścił na rzecz słońca. Powoli trzeba było przygotowywać się do startu. Trochę rozgrzewki, trochę obserwacji innych. Start był w parku, ale na rondzie zawodnicy zawracali i ponownie można było ich zaobserwować. Duży plus za atmosferę i otoczkę iście kibicowską. Fajnie także rzeczy się obserwuje, a zwłaszcza z siodełka roweru.

Moja grupa nie była jakaś można. W głowie oczywiście plan, aby zacząć spokojnie, ale to potrwało może z 300 metrów. Od razu na starcie jeden zawodnik uciekł i tyle go widzieliśmy i pozostali poruszali się w granicach 24 km/h. Tyle to ja góralem robię i mnie to tempo nie satysfakcjonowało. Tak więc ruszyłem w pogoń za uciekinierem, ale jechaliśmy podobnym tempem, bo ani ja się nie zbliżałem, ani on się nie oddalał. Tak pokonałem kilkanaście kilometrów, wyprzedziłem osoby, które startowały wcześniej, aż dogoniło mnie dwóch zawodników z mojej grupy. Wtedy zaczęła się już współpraca, ale głównie między mną, a kolarzem z Gostynia. Był też trzeci – senior, który narzekał, że łapią go kurcze, zmian nie dawał tylko się wiózł, ostatecznie zajął trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej. Tak wygląda kolarstwo szosowe, co zrobić… trzeba gnać przed siebie. Chociaż tyle, że jak spotkaliśmy się na mecie to chociaż podziękował.

Uciekiniera dogoniliśmy gdzieś w połowie dystansu, jak już zbliżaliśmy się do Grodziska Wielkopolskiego. Do tego momentu jechało mi się bardzo fajnie, ale potem droga była mega dziurawa, ja za długo znajdowałem się na czele stawki i trochę mnie odcięło zostałem sam, bo Senior z Uciekinierem odjechali, a ja nieco zwolniłem i po paru kilometrów dołączył kolega z Gostynia i tak już razem jechaliśmy do mety. Po drodze był bufet i otrzymanie butelki wody było zbawieniem. Miałem dwa bidony i zwykła woda już się skończyła, a w drugiej był izotonik, którego wtedy w ogóle nie potrzebowałem, głównie ze względu na smak… bleee.

Kogoś udało się wyprzedzić. Dogoniła też nas duża, silna grupa, która startowała na dłuższym dystansie. Udało się nam podczepić, dając zmiany. Tempo było solidnie bo w granicach 40 km/h. Po pewnym czasie było to dla mnie za dużo, może zważywszy, że z jednym z zawodników spotkaliśmy się barkami, łokciami i było blisko zaliczenia kraksy. Dla mnie to było wystarczające i już swoim tempem jechałem do mety. Na końcu jeszcze drobny błąd, bo przestrzeliłem na rondzie, ale plus dla kierowców, którzy chyba wiedzieli, że to maraton, że rowerzysta nieświeży i ładnie pozwolili mi włączyć się ponownie do ruchu.

Pamiątkowy medal za ukończenie maratonu.

Dystans mini mimo, że to 73 km to dał w kość. Dobrze, że nie było żadnych upałów. Z wyniki jestem bardzo zadowolony, bo bardzo dużą część dystansu pracowałem na to sam i tym bardziej na twarzy pojawił się uśmiech. Trasa bardzo płaska, a ja jednak lepiej czuję się na podjazdach. Stąd też tempo zawodników z czołówki przekraczało 40 km/h. Mnie cieszy mój rezultat mimo, że w klasyfikacji Open to dopiero 128 miejsce. Za rok bardzo chciałbym do Wolsztyna powrócić. Głównie za atmosferę.

Bufet też syty. Bardzo szybko można było uzupełnić to, co straciło się podczas ścigania. Trochę odpoczynku i czekała mnie droga powrotna. Była asekuracja szynobusu, że w każdym momencie mogę wrócić do Gorzowa, ale czułem się na tyle dobrze, że te 100 km drogi powrotnej poszło bardzo sprawnie i wieczorem zameldowałem się w domu, z uśmiechem na twarzy, że pierwszy start wypadł według mnie bardzo pozytywnie.
Do zobaczenia, miejmy nadzieję, za rok 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.