W głowie już od dłuższego czasu kiełkował pomysł, aby odwiedzić okolice Zielonej Góry. Może przy okazji corocznego Winobrania, które odbywa się we wrześniu, a może przy okazji wielkiej inwestycji, która powstaje… a w właściwie „miała powstawać w oddalonym o ok. 35 km Konotopie. Największa w Europie 55-metrowa figura Matki Boskiej Bolesnej, które przewyższy świebodzińskiego Jezusa. No ale…
Gosia, jak nigdy zaangażowała się w wyjazd i nawet wpisała nazwę miejscowości w Google. Ja już tam szkicuję trasę i dostaję telefon, że nie o ten Konotop chodzi… hmmm… polski alfabet ma 32 litery i przez te lata nie potrafimy wymyślić różnych nazw miejscowości?! Rekordowa figura powstaje i nawet 15 sierpnia będzie miała uroczyste otwarcie i to w Konotopie, ale tym w województwie kujawsko-pomorskim.
Wyjazdu nie odpuszczamy, bo drugą ważną opcją były rozreklamowane lody na zielonogórskim deptaku. Wyglądają jak standardowe lody naturalne/tradycyjne, ale te nie są mrożone tylko kręcone. Wyglądają jak krem… no ale o tym później.
Pogoda nie zapowiada się dobrze, ale z godziny na godzinę to się zmienia Rano trochę ma popadać, a potem pełne lato. Trochę jednak podokucza wiatr, ale lasów tam dużo, jest gdzie się chować.
Ładujemy się do auta, S3, pilnowanie prędkości, aby bagażnik z rowerami nie odpał i meldujemy się na obrzeżach Zielonej Góry. Wita nas totalna ulewa, ale na szczęście nie trwa ona jakoś bardzo długo. Temperatura też jest znośna, więc będzie ok. Od razu ładujemy się w las, więc kałuż na pewno nie unikniemy.
W całym mieście możemy napotkać rzeźby – Bachusiki. Są to dzieci Bachusa, rzymskiego boga wina, Winobranie, takie nawiązanie… rozumiecie? Figurki rozsiane są po całym mieście i jak podają różne źródła jest ich od 37 nawet do 51. Każda ma swoje specyficzne imię. W Gorzowie takiej atrakcji nie mamy. Najbliżej nam do strzeleckich czarownic, ale to raptem 9 pań. Swoją drogą warto może wrzucić wpis, bo mieliśmy okazję za jednym posiedzeniem zobaczyć wszystkie.
Bachuskim z powyższego zdjęcia jest nawiązaniem do Biegu dla Transplantacji – BiegUZka.
Jeżeli chodzi o samą trasę to przez problemy z Matką Boską trzeba było nieco trasę zmienić. Tydzień wcześniej odbywał się tam gravelowy wyścig – Szutroza. W zasadzie start i meta były w Otyniu, ale zawodnicy zahaczali o okolice miasta. Można to było sprytnie połączyć. Jeden szkopuł taki, że pojedziemy w drugą stronę 😀 – tak po naszemu.
Swoją drogą to pod koniec sierpnia wyścig zawita do Nierzymia, a to niemal jak Gorzów.
Porównując stolice województwa lubuskiego to mam takie wrażenie, że Zielona Góra w pełni wykorzystuje potencjał parków i lasów. Co prawda pochłonęła okoliczne miejscowości i stała się aglomeracją. Okoliczna zieleń jw pełni jest przystosowana dla każdego. Mamy tutaj piękne ścieżki biegowe, nordic walking, rowerowe, ale i miejsca na grill, odpoczynek, czy nawet występy artystyczne.
Jeżeli chodzi o Gorzów to parki spełniają rolę głównie odpoczynkową. Są ławeczki i place zabaw… a i obowiązkowo plenerowa siłownia. Nie ma takich miejsc na uboczu gdzie można zrobić ognisko, gdzie młodzież mogłaby chla… znaczy rozmawiać o trudach tego świata.
Każdy zarządza miastem, jak zarządza. My jesteśmy od tego, aby w pełni korzystać z takich miejsc, gdziekolwiek one by nie były.
Zrobiliśmy rundę po przepięknych terenach i tylko trzeba było pilnować trasy, bo człowiek patrzy przed siebie, a tutaj zaraz trzeba skręcać. Tak więc trochę nawracania było 😀 No i nie udało się dojrzeć kumaka nizinnego, który sobie w rezerwacie pomieszkuje, a na tablicach był reklamowany.
Nie mam pojęcia kto szykował trasę wyścigu, ale wyłapał najlepsze drogi, jakie mógł. No chyba, że jest ich na tyle dużo, że nie trzeba było za dużo kombinować. Z tych lasów nie chciało się po prostu wyjeżdżać.
Trasa prowadziła przez okolice Przytoku, a kto miał okazję tamtędy jechać to wie, że jest tam fajny podjazd. Nawet przy okazji zbliżającego się Tour de Pologne będzie tam jedyna premia górska. Stąd też wiedziałem, że będziemy musieli gdzieś nadrobić te metry w pionie i na 99% będzie to właśnie tutaj.
Dobrze, że jesteśmy ponad 100 kilometrów od domu, bo kania nie zostałaby w lesie, a jechałaby z nami w sakwie i skończyła, jako kotlet. A tak będzie cieszyć swoim widokiem innych miłośników przyrody.
Trochę czasu mnie tutaj nie było i w międzyczasie powstał most, który połączył Zabór z Przewozem. Nie trzeba się już posiłkować promem. Plus taki, że nie zapomniano o rowerzystach i na całej długości obwodnicy powstała szeroka droga rowerowa.
W międzyczasie pogoda trochę postraszyła, ale bardziej to opady było czuć przez mocny zachodni wiatr, który potęgował uczucie. Chmury szybko jednak poszyły sobie dalej i potem jak wyszło słońce to towarzyszyło nam niemal do końca.
Mieliśmy okazję jechać szlakiem Lubuska Pętla Rowerowa, który prowadził po wałach wzdłuż Odry. Przepiękne widoki. Nie było opcji, aby nie zrobić sobie sesji na brzegu rzeki. Do tego celu wykorzystaliśmy miejscówki wędkarzy. Akurat żadnego z nich nie było.
Droga na wale się skończyła w miejscowości Lipiny. Tutaj można wskoczyć na kultową drogę rowerową, która powstała na dawnej linii kolejowej i ma swojską brzmiącą nazwę Kolej na Rower. Mieliśmy okazję pokonać ją w całości i tym razem alternatywną opcję przedłużenia trasy do Nowej Soli.
Kolejne miasto położone nad Odrą, więc trzeba zobaczyć port.
Nieopodal portu znajduje się Aleja Gwiazd. Coś na wzór tej najpopularniejszej z Międzyzdrojów. Można było porównać swoją dłoń z dłonią znanych osobistości. Dla mnie największym szokiem było jednak to, że wiele z tych sławnych osób urodziło się w Nowej Soli.
W głowie ciągle mamy zareklamowane lody na deptaku, ale gdzieś tam już żołądek ściska. Niefart taki, że wykorzystaliśmy wał jak najbardziej się dało i wylądowaliśmy na obrzeżach miasta. Poratowało nas Dino i zanim się obejrzeliśmy to wylądowaliśmy w Otyniu, iście rowerowym mieście.
Potem czekały nas kolejne lasy, ale problemem okazały się fermy, które tak gęsto się rozmieściły, że nie mogliśmy znaleźć wjazdu do lasu, wszystko ogrodzone. Udało się jednam namierzyć fajną szutrówkę, która zaprowadziła nas niemal do Zielonej Góry.
Z tych wszystkich jazd po lesie to najbardziej bawiło mnie to, że gdy z jakiegoś wyjeżdżaliśmy to akurat była pętla autobusowa. Ładnie drzewostan okala całą aglomerację. Oczywiście nie obyło się bez poprawiania śladu, bo trochę nawigacja zgłupiała i musieliśmy trochę pokombinować, aby dostać się w końcu na deptak. Na pewno nie była to wina osoby rysującej trasę.
Koniec końców w końcu docieramy na deptak i do miejsca, które wyczekiwane było z samego rana – Wasza Pączkarnia & Lodziarnia. Pieniążki idą w ruch, a w naszych rękach lądują wyjątkowe lody.
Co do samych lodów to są bardzo dobre, zwłaszcza najbardziej reklamowany smak dubajska czekolada. Przy okazji Gosia wyposażyła się także w pączki. Pytanie, czy warto tłuc tyle kilometrów dla tych lodów? Pytanie nie do nas, bo mamy na tyle szczęścia, że lody otaczają nas ze wszystkich kierunków świata i poza tym nie jesteśmy w tym aspekcie obiektywni.
Na sam koniec jeszcze dwa Bachusiki, które spotkać można właśnie na deptaku – Policjantikus i Aldemedus.
Pozostało nam tylko przebić się przez miasto do auta i do domu. Ogólnie trasa rozrysowana została na 113 km, a wpadło niecałe 119 km. Ważne, że pogoda dopisała. No a tereny przepiękne i wcale się nie dziwię, że Szutroza ma tak pozytywne opinie. My wykorzystaliśmy i tak najkrótszy wariant, a jest jeszcze opcja ponad 200 km.
