Przejdź do treści

Nowe znajomości za zachodnią granicą

Na zaproszenie wybraliśmy się do Kostrzyna nad Odrą, aby stamtąd po niemieckiej stronie dotrzeć na most w Siekierkach i dalej na kultowe miejsce dla każdego rowerzysty – Stację Klępicz.

Jeżeli chodzi o dotarcie na miejsce zbiórki to pomysłów było bardzo dużo.
Może pociąg? Ostatnimi czasy bardzo niepewny środek transportu i w ogóle już grupa z Gorzowa będzie nim jechać. No a PKP nie lubi rowerów.
Autem i autem wrócić? No ale przecież kilometry i w ogóle? Nie wiadomo w ogóle, czy do Kostrzyna będziemy wracać.
Po prostu na kołach, bo przecież Kostrzyn wcale daleko nie jest? Nuuuudna trasa i jeszcze ma być niesprzyjający wiatr.
Ostatecznie stanęło na podwózce przez prywatnego szofera, który za dobrą kawę i dobre jedzenie to zawiózłby nawet w Bieszczady 😀

Komfort pewnie lepszy niż w pociągu.

W mieście meldujemy się długo przed czasem, więc jest czas na uzupełnianie węglowodanów. Potem ruszamy w okolice dworca kolejowego na miejsce zbiórki, gdzie jest szef szefów Mirek oraz nowo poznane dziewczyny: Asia, Justyna i Marzena (kolejność alfabetyczna).

Przebitka przez miasto i potem już na wał. Tym razem pogoda się sprawdziła, więc bardzo szybko zrobiło się gorąco, a wiatr północny momentami nas nieźle sponiewierał. Mimo to jechało się całkiem przyjemnie.

Na nie swoim rowerku? Można tak?
A co tam wyłapało czujne oko Pani Fotograf?

Jeżeli ktoś miał okazję jechać szlakiem rowerowym Odra-Nysa to w miejscowości Groß Neuendorf musiał bujać się na huśtawkach. Charakterystyczne miejsca z bogatą infrastrukturą rowerową. Był czas na piwo (nawet te przeterminowane), obserwację jaskółek i zabawy na wspomnianych huśtawkach.

Kiedyś port i stacja przeładunkowa, a teraz zabytkowe budynki i świetne miejsce postoju. Ponadto wioska jest przyjazna nie tylko rowerzystom, ale także i jaskółkom. Na budynkach można znaleźć charakterystyczne informacje „Schwalbendorf” (Wioska Jaskółek), a samych ptaków są tutaj setki. Gniazd niewiele mniej.

W oczekiwaniu na jedzenie.

Po harcach ruszamy dalej i zanim zdążymy w głowie przeliczyć przejechane kilometry to na horyzoncie pojawia się przepiękny krajobraz. Widok na rozlewiska Odry zastępuje krajobraz naszej ojczyzny. Nie wiem czemu, ale do rejonu Czelina, Gozdowic, Starych Łysogórek i Siekierek mam bardzo duży sentyment. O wiele bardziej podoba mi się tamta strona. Jest bardziej zalesiona, pagórkowata i z olbrzymią historią. Z wału wygląda to jeszcze piękniej.

Docieramy na most no i zaczyna się sesja zdjęciowa. Ludzi dużo, ale bywało znacznie więcej, zwłaszcza że miejsce to cały czas tętni życiem. Tutaj zaczyna się trasa rowerowa R20, która ma ponad 300 kilometrów.

Niedawno przeczytałem także, że na trasach Pojezierzy Zachodnich znajdują się specjalne liczniki, które zliczają rowerzystów. Jeden jest właśnie na moście i on wyjątkowo także zlicza pieszych. Wyniki można zobaczyć na stronie: Licznik pieszo-rowerowy Most Siekierki . Wczoraj most odwiedziły 394 osoby w tym nasza 6.

No ale patrz się w obiektyw.
Jeżeli ktoś mnie zna to wie, że w tej grupie mojego roweru nie znajdzie.
Widok z polskiej części mostu na niemiecką część mostu.

Poskakali po moście i lecimy dalej w kierunku wspomnianego na początku Klępicza. W mojej głowie już się kiełkuje, czy od razu chwycić cztery kawałki ciasta, czy może spokojniej? Hmmm… Gosia zawsze mnie uczy, że są także inni. Zagwozdka duża, a kilometrów coraz mniej.

Problem rozwiązał się sam, bo po cieście to została tylko kartka. Został suchy prowiant, woda i przede wszystkim cień. No cóż. Jest niedziela to i konkurencja duża.

Długa przerwa na odpoczynek i nakreślenie planu. Czy wracamy na Kostrzyn i kombinujemy powrót pociągiem, czy na kołach? Czy może jednak jechać dalej prosto do Gorzowa? Wybraliśmy wariant drugi. Tak więc żegnamy się z Asią, Justyną, Marzeną i Mirkiem (kolejność w pełni już alfabetyczna) i jedziemy dalej. Oni wracają tą samą drogą do Kostrzyna nad Odrą i w pociąg.
Dzięki za zaproszenie, bardzo miło było was poznać 😉

Nakreślam szlak i nawet wychodzi całkiem spoko kilometraż Szybko jednak nanosimy poprawki, bo pojawia się drogowskaz na Moryń (4 km) i głos spikera, gdzieś tam w tle. Okazało się, że w Przyjezierzu powrócił Coolbike Festiwal. W przeszłości chyba jedna z najlepszych imprez rowerowych i bardzo mnie cieszy, że została wskrzeszona. Wiadomo to jeszcze nie taki rozmach jak kiedyś, ale zobaczymy, jak się to rozwinie w przyszłości.
To właśnie tutaj na zawodach z dojazdem i powrotem wykręciłem równe 196.68 km i to jeszcze zajmując 2 miejsce. No i ten komunijny, stalowy rumak. Jak człowiek pomyśli, co się robiło paręnaście lat temu to uświadamia sobie, że dzisiaj wcale gorzej nie jest 😀

Wróćmy jednak do naszego powrotu. Poprawiamy mapę, bo nie ma sensu objeżdżać Jeziora Morzycko, dorzucamy nowe rejony i w drogę.

Bardzo dawno nie byłem w Moryniu, a widzę, że z perspektywy roweru miasto bardzo fajnie się rozwija. Trzeba to w niedalekiej przyszłości nadrobić, bo miasto przepiękne. No i dojazd wcale problematyczny nie jest.

Jak to Gosia zawsze mówi, że rower ma być masywny.
Zdjęcie z zadem konia.

Miejsce ze zdjęcia powyżej to Plenerowe muzeum znaków drogowych właśnie w Moryniu. Tutaj ma miejsce ostatni dźwięk migawki i już tak na serio ruszamy dalej.

Głównym punktem docelowym jest Dolsk, bo w zasadzie to już Lubiszyn, a Lubiszyn to w zasadzie przedmieścia Gorzowa. Plus tej drogi jest taki, że pojawia się sporo lasu i cień. Minus tej drogi taki, że jest trochę dziurawa. Rowerem szosowym to by nieco bolało, ale gravelem to już inna bajka.

Kilometry uciekają szybko, a my tylko wypatrujemy sklepu, aby uzupełnić wodę, zimną wodę. Niedziele nie służy, tak samo jak Dino, które zabija lokalne sklepiki, które właśnie w niedzielę mogłyby być otwarte. Jedyna szansa to Lubiszyn i tak też było.

Potem już prosta droga do domu po 20 meldujemy się na miejscu po przejechaniu 148 kilometrów z przecinkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Robak88 - trochę inny blog! © 2013 - 2026