Drugi dzień naszego wędrowania po górach i kolejne dwa szczyty zaliczane do Korony Gór Polski. Jeżeli ktoś jest nastawiony wyłącznie na ich zdobywanie to można to lepiej rozplanować. Przede wszystkim w krótszym czasie. My jednak chcemy też zmęczyć nieco nogi. Pętla narysowana i ruszamy.

Start w Bielicach przy Leśniczówce, gdzie ciężko o miejsce parkingowe. Od razu ruszamy w kierunku Kowadła. Wejść, zaliczyć i zejść. Prosty plan niejednego turysty. Wita nas niestety mocniejszy deszcz, ale jak szybko założone zostały kurtki przeciwdeszczowe, tak szybko wróciły do plecaków.

No to do góry.

Na szczyt prowadzą dwa szlaki. Wybieramy opcję wejścia po kamieniach i zejścia już bardziej spokojniejszego. Jest to najwyższy szczyt w Górach Złotych – 989 m n.p.m.

Jest Kowadło i skrzynka z pieczątką.
Zawsze jest obawa, że pieczątki może w skrzynce nie być.
Wspólna fotka i możemy ruszać dalej.

Pogoda znacznie się poprawiła i deszcz poszedł w zapomnienie, a słońce chętniej nam towarzyszyło. Trasa podobnie jak wczoraj w większości prowadziła wzdłuż granicy z Czechami po istnym raju jagodowym. Uf… dobrze że to nie sezon, bo czas przejścia to by tylko się wydłużał, a nie malał.

Czesi też mają swoją Koronę Gór Polski albo coś pochodnego.Ich skrzynki są jednak metalowe i totalnie poniszczone. U nas Klub Zdobywców Korony Gór Polski robi dobrą robotę i na razie nie mieliśmy żadnych problemów.

Szybko przeskakujemy do naszych południowych sąsiadów i od razu pojawiają się szutrowe drogi, gdzie oprócz turystów pieszych są także rowerzyści. Jak patrzy się na tę nawierzchnię to aż chce się wskoczyć na rower. Minus jest taki, że żadna z tych dróg nie prowadzi w całości z punktu A do punkt B, bo zazwyczaj gdzieś się urywa i pojawia się nieco trudniejszy odcinek.

Góry ty wyróżniają się bardzo dużym zalesieniem.

Schodzimy w dół i meldujemy się w schronisku Paprsek. Miejsce oblegane, ale bardzo sprawnie zarządzane. Mamy tutaj połączenie typowego krajobrazu schronisk górskich i nowoczesności apartamentowców. Bogactwo tak duże, że nawet można było zakupić cygaro.

Regionalny przysmak – Borůvkové Knedlíky.

Historia miejsca z powyższego zdjęcia jest bardzo ciekawa, bo dotyczy wieży widokowej na Masywie Śnieżnika, którą odwiedziliśmy dzień wcześniej. Jest to jej kopia sprzed lat. Nazywa się Dalimilova rozhledna. My za bardzo czasu nie mieliśmy, aby ją zobaczyć z bliska.

Ruszamy w kierunku granicy w kierunku kolejnego szczytu do zaliczenia.

Tak wyglądała większość naszej trasy. Ścieżka przy granicy.

Teren nie jest bardzo pofałdowany, bo jak w zasadzie wejdzie się na około 1000 metrów to można czuć, że w zasadzie idzie się po płaskim. Jeżeli już są jakieś podejścia to niewielkie. Zmęczyć można się na początku, kiedy trzeba było wdrapać się na Kowadło. Potem jest już w miarę spokojnie.

Rudawiec znajduje się na wysokości 1112 m n.p.m. i jest najwyższym szczytem Gór Bialskich (dokładnie tak, istnieją takie góry).

Wcześniej wspominałem, że tereny są bardzo zalesione. Cały czas obracamy się w kierunku 1000 m n.p.m. i w ogóle tego nie czuć. Widoki to głownie drzewa, drzewa i drzewa. Tak więc, jak pojawia się w końcu jakaś polana to zachwytom nie ma końca.

Rudawiec – czas na pieczątkę.

Teraz czeka nas zejście, długie zejście z powrotem do Bielic. Oczywiście po kamulcach.

Chyba jako jedyni wybraliśmy inny wariant, bo przy schodzeniu mijaliśmy wiele osób, które właśnie zmierzały na Rudawiec.

No to teraz w dół.

W samych Bielicach można zobaczyć, jak ogromne zniszczenia dokonała niedawna powódź. Teraz rzeczka sięga ledwo po kostki, a wcześniej to mosty rozwalała, jak klocki Lego.

Takie „żywe” pomniki mają swój klimat.

Przez te dwa dni to więcej czasu spędziliśmy w Czechach niż w Polsce, a przecież zdobywamy Koronę Gór Polski 😀 Pokonaliśmy ponad 28 km, a przewyższenia nie przekroczyły nawet kilometra w pionie.

Kończymy nasz pobyt w Stroniu Śląskim i pora planować kolejne wypady, bo książeczka sama przecież się nie uzupełni.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *