Na moich włościach pojawił się nowy wyścig, który powstał przy udziale dwóch stolic województwa lubuskiego – Gorzowa Wielkopolskiego i Zielonej Góry. Nie wiem, kto bardziej przyłożył do tego rękę, ale za samą inicjatywę należą się bardzo duże brawa.

Nieco gorzej już z samą organizacją. Miałem odczucie, że Zielona Góra jakby swoje, Gorzów jakby swoje. Sprzeczne informacje na Facebooku i ogólnie trochę zamętu. Przykładowo pojawia się post, że pakiety startowe można odbierać w Szczepan Bike GIANT Gorzów od poniedziałku do piątku, gdzie w relacji mówi się o piątku, przeddzień zawodów. Trzeba było te wszystkie napływające informacje w postaci postów, znienawidzonych przeze mnie relacji segregować, potwierdzać… trzymać rękę na pulsie.

Udało mi się namówić Gosię, aby zobaczyła, jak to jest na takim wyścigu. Zapisani i tylko czekać na sobotę. Wybraliśmy wariant średni, czyli 159 km Gorzów Wlkp. – Świebodzin – Gorzów Wlkp. O samo pokonanie dystansu się nie martwię. Ma być to spokojny przejazd, więc gravele wyposażone w bagażniki i sakwy. Totalnie na luzie, jak „turysty”.

Organizatorzy zdecydowali się, że można tworzyć grupy, czyli jechać ze znajomymi. Nie będzie trybu losowania. Jest to bardzo sporna sytuacja, która ciągnie się tyle lat na różnych wyścigach i w zasadzie nie wiem, która strona przeważa. Jeżeli o mnie chodzi to wolę system losowania, bo wtedy jest o wiele ciekawiej. Mówię to z perspektywy przeszłości, że zazwyczaj trafiam na takie grupy, że kończy się na jeździe solowej.
Jeżeli już można formować grupy to wybrałem możliwość jazdy z Gosią i trafiliśmy na pierwszą linię. Grupa nr 1, start o 9, jako pierwsi… normalnie świetnie.

Zanim jednak wyścig się rozpoczął to niemiła niespodzianka, bo okazało się, że zgubiony został nr startowy Gosi. Co teraz? U ogarniętych organizatorów jest szybka reakcja, podmiana numerów. Wymaga to jednak kontaktu z firmą, która dostarcza pomiar czasu. W przeszłości miałem problem, że system nie wykrywał mojego nr startowego, ale szybko został on podmieniony i sprawa w parę minut poszła w zapomnienie. Tutaj dostajemy marker… i drugą stronę jakiegoś niepotrzebnego nr startowego…

Ten nr startowy będzie bardzo wyjątkowy.

Żeby było jeszcze zabawniej to Gosi wylosował się pakiet startowy z Zielonej Góry, a w żadnym z naszych nie było tak bardzo reklamowanego na relacjach mleczka w tubce. Pomińmy już jednak te problemy przedstartowe.

Start na stadionie żużlowym i to było mega pozytywne zaskoczenie. Dzień wcześniej akurat gorzowska Stal miała zawody, które skończyły się parę godzin przed naszymi zawodami. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć tor z bliska i to pomeczowym pobojowisku. Twarde, głębokie koleiny, aż człowiek się zastanawia, jak oni tutaj „fruwają” na tych motocyklach. Żeby było jeszcze ciekawiej to nawet startowaliśmy spod taśmy 🙂

Pozdrawiam także Anię i Leszka ze Skwierzyny, których mieliśmy okazję poznać i startowaliśmy właśnie w jednej grupie.

Jak się startuje jako pierwsi z grupy średniej to można liczyć na fotkę, która rozejdzie się po wszystkich gorzowskich mediach (źródło: https://www.facebook.com/radiogorzow).

Jeżeli chodzi o trasę to większość była mi bardzo dobrze znana. Jedyne nieznane tereny były w okolicach Świebodzina. Zaskoczenie to trochę kałuż i błota, bo niestety dzień była burza. Jednak nie było to nic bardzo utrudniającego. Gdzieś tam przeniosło się rower przez wodę, w innym przypadku po prostu się przejechało. Gorzej z pogodą, bo upał niemiłosierny. Sama trasa bardzo fajna, pasująca do gravelowego klimatu. Było wszystko: błoto, piach, bruk, asfalt, dziurawy asfalt, szuter (we wszystkich odmianach chropowatości) kończąc na wycince drzew.

Patrząc na nasze spokojne tempo to spodziewałem się, że osoby startujący za nami (w odstępach 3-minutowych) dogonią nas znaczny szybciej). Pogoda musiała zrobić swoje i dużo startujących chyba do wyścigu podeszło z dużą dozą rezerwy. Część nawet wycofała się w trakcie.

Punkt kontrolny mniej więcej w połowie trasy w Świebodzinie. Najbardziej zdziwił mnie bardzo długi przejazd przez miasto i to jeszcze przez plac budowy. Pracujący tam robotnicy nieźle się wkurzyli, tak samo jak piesi, gdy musieliśmy zjechać na chodnik. Tutaj wypadało wprowadzić korektę trasy. Zwłaszcza, że ten plac budowy nie jest tam od wczoraj.

Jak Świebodzin to musi być Jezus. Hmmm… jakiś taki mały się wydaje.

Punkt żywieniowy. Z tym to zawsze jest problem. Przy takich upałach to każdy liczy na coś zimnego. Marzymy o uzupełnieniu bidonów. Okazuje się, że izotonik brak, bo wypiły go grupy wcześniejsze i została tylko woda… w temperaturze dużo większej niż pokojowa. Na plus pierogi, które były bardzo smaczne i nie gorące. Zupa została pominięta, bo przy takiej pogodzie nie ma co atakować się gorącem jeszcze od środka.
Nasz sokoli wzrok namierzył budkę z lodami… i to zawsze sprawdza się idealnie. Nic dziwnego, że inni nas zaczepiali skąd mamy te lody 😀 , ale panowie… one nie są za darmo. Pakiet startowy tego nie obejmuje.

Lody na ochłodę.
Skromna kurtyna wodna.

Strażacy rozstawili kurtynę wodną, ale był bardzo duży problem z ciśnieniem. Skończyło się na tym, że wąż lądował nad głową. Na szczęście potem ciśnienie się unormowało i woda już wystrzeliła, jak wystrzelić powinna. To dopiero była ochłoda.

Jechaliśmy na południe to wracamy na północ (z wiatrem w plecy). Na szczęście trasa się nie pokrywa. No tylko końcówka, ale to wiadomo. No i oczywiście to Świebodzina leci się w dół, to teraz trzeba to wszystko nadrobić. Jak na takim dystansie to nie było aż tak dużo tych przewyższeń.

Zaczyna się kalkulacja, do kiedy starczy nam wody. Plan optymistyczny zakłada, że do Chełmska damy radę, ale w Kalsku po drodze trafia się sklep oblegany przez rowerzystów. Dobrze, że Pan miał zapas wody i lodu, bo nic o wyścigu nie wiedział, a schodziło mu to wszystko w ilościach hurtowych. Zarobi na tym jeszcze więcej, bo przecież nikt tych kaucyjnych butelek ze sobą nie zabierał, tylko zostawiał pod sklepem.

Końcówka trasy i zostaliśmy trochę postraszeni burzą. Zerwał się silny wiatr (oczywiście w twarz), trochę popadało (ale to ochłodzenie akurat na duży plus). Szybko minęły te ostatnie kilometry i potem zderzyliśmy się z bramą. Trasa poprowadzona została na stadion przez zamkniętą bramę i trzeba było szukać innego wjazdu. Nikt jakoś nie pomyślał, aby jakoś na tych końcowych metrach nas pokierować. Wcale się nie dziwię, że niektórzy jechali, zawracali lub przestrzeliwali. Myślę, że każdy spodziewał się finiszu na stadionie, a okazał się na parkingu i to w tak niewidocznym miejscu, że chyba sami organizatorzy do końca nie wiedzieli, gdzie metę usytuować.

Dojechaliśmy na odszukaną metę. Trzeba było znaleźć w ogóle kogoś, kto chciałby odebrać tracker i jedzonko. W zasadzie tyle jedzenia, którego właśnie zabrakło w Świebodzinie. Udało nam się schować przed deszczem, który na dobre się rozpadał i chłodzić się zmrożonymi na kamień lodami.

Profesjonalistka.
Amator.

Oczywiście na mecie pamiątkowy medal. W międzyczasie wpadali inni zawodnicy.

Wszystkie te problemy są do ogarnięcia i tego życzę organizatorom, bo fajnie by było, aby ten wyścig wpisał się na stałe do kalendarza. Zważywszy, że wpisowe to zaledwie 100 zł, gdzie przy innych podobnych wydarzeniach płaci się znacznie więcej.

No i super było z Gosią przejechać się w wyścigu. Pokazać jej, jak to jest powalczyć, ubrudzić się i przegrzewać z wysiłku.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *